sobota, 20 grudnia 2014

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #5 | Pora na przygodę #1

Jako człowiek infantylny, jarający się wszystkim co dziecinne, nie mogłam przejść obojętnie obok serialu Pora na przygodę. Z początku wydawało mi się, że to kolejna zabawna, zaskakująca kreskówka z intrygującymi bohaterami. Jednak z czasem zaczęła zasiewać niejaki niepokój w moim sercu. Świat był zbyt... niewinny. Sięgnęłam po komiks, za który jestem dozgonnie wdzięczna Studiu JG. Pięknie pachnie!

Okładka pierwszego tomu, cała obsada i parówkowy żołnierz!


Hmm, szczerze, to spodziewałam się narysowanego serialu, przeniesienia odcinków na karty komiksu. Nie stało się tak. W pierwszym tomie od razu zaczynamy od Króla Złego, który przebudza się i za pomocą worka wsysającego niszczy świat. Typowa historia dla tego uniwersum. Ale ale! Po analizy kilku obrazków zaczęłam zastanawiać się, skąd wzięła się ta cała kraina Ooo. Te wszystkie dziwne, zatrważające stwory, ich moce i osobowość... Przekrój ziemi. Tak, on spędza sen z powiek i zmusza do rozważania na temat powstania poranaprzygodowego świata. Jedna z moich teorii mówi, że wszystkie ery, era trylobitów, dinozaurów, ludzi zostały zgładzone przez ów worek. W najwyższej przysypanej warstwie można znaleźć twory ludzkie: samochody, szkielety, bomby atomowe. Worek wsysając i wyrzucając zawartość naturalnie wszystko miesza i najwyraźniej cały świat ludzki wsysnięty wcześniej prawdopodobnie z inicjatywy Króla Złego albo... pewnej osoby (jak przeczytacie, to się dowiecie) uległ zniszczeniu. No i z ludzi został tylko Finn. Tylko ta teoria jest niedopracowana, bo jak Finn miałby przeżyć kilka tysięcy lat? Hibernacja? Druga teoria wydaje się bardziej prawdopodobna, mianowicie ludzkość sama się wybiła poprzez wojny (o czym świadczy piękna bomba atomowa zakopana w ziemi), zginęła jak każda dominująca przez pewien okres rasa. No i jakoś to wszystko ewoluowało (jak zawsze) i stało się doskonalszymi formami życia, połączeniem ludzi z przedmiotami. Jeśli macie jakieś teorie albo znacie coś z serialu, bo kilka odcinków na pewno nie widziałam, piszcie i mnie sprostujcie :) Może wszystko się wyjaśni. W każdym razie, kraina Ooo to po prostu ziemia, kolejna era po ludziach. I tej wersji będę się trzymać.

Krótko dzisiaj, pisałam na świeżo podniecona nowym tomem, ciągle z głową w tym uniwersum. 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Jak zostać nieśmiertelnym #7 | Absurdalny żywot zombie - uniwersum TWD

Zombie, robisz to źle!

Od jakiegoś czasu mój umysł zalewany jest bzdurnymi przemyśleniami i refleksjami na temat chodzących trupów. Wszyscy podniecają się tymi kreaturami (ja również) i bynajmniej nie chodzi mi o nekrofilię. Zombie zalewają i dominują cały rynek "kultury" światowej. Ludzie kochają obrzydliwe, ohydne, zatrważające, przerysowane, groteskowe rzeczy, więc twórcy wiedzą, jak zapewnić sobie dostateczny dopływ gotówki na konto.

By światłość umysłu nastała, wspomnę, Drogi Ignorancie, że pojęcie zombie pochodzi z voodoo i nie oznacza bezmózgiego trupa wyżerającego mózgi. Jak pragniesz dowiedzieć się więcej na ten temat, polecam wikipedię, na którą zajrzałam przed sekundą, by mieć pewność, o czym piszę :) Szczerość to podstawa!

Jako że "uczę się" rozszerzonej biologii i jestem człowiekiem z natury dociekliwym, ciekawskim i do bólu drążącym pewne tematy dopóki nie usłyszy satysfakcjonującej odpowiedzi, rozmyślam o zombie na podłożu biologicznym. Czy taki stwór może mieć miejsce wśród ludzi?

Najczęstszymi powodami powstania zombie jest oczywiście: testowanie nowej broni biologicznej (Resident Evil: Marhawa Desire, manga Capcomu z najbardziej chamskim zakończeniem, jakie dane mi było poznać - trollowanie Prusa to przy tym pikuś), epidemia choroby (Wiecznie żywy, Dead Island - całkiem dobra polska gierka) czy jak w pierwowzorze George'a Romero Noc żywych trupów ciul wie jakie promieniowanie.

Zacznijmy od tego, że wszystkie poznane dotąd zombie nie mają prawa bytu. Naprzykładowo takie truposzki z TWD: w którymś odcinku pan lekarz mówi istnieniu zombie z perspektywy naukowca. Po śmierci aktywuje się (sam z siebie) pień mózgu, który odpowiada za instynkty. Człowiek staje się zwierzęciem niezdolnym do najmniejszego myślenia - taką dżdżownicą, żyć aby przeżyć. No niby na siłę się zgadza, ale przecież do prawidłowego działania mózgu (wiem, w przypadku zombie nie ma prawidłowego działania mózgu) potrzebny jest tlen dostarczany przez pompujące serce. Nie ma serca, nie ma mózgu. Obalone. Dobra. A kwestia głodu? Ośrodkiem odpowiedzialnym za odczuwanie takich potrzeb jest międzymózgowie, czyli część mózgu, czyli nie pień mózgu. Po co takie zombie je, skoro nie czuje głodu? No i nie robi kupy. Gdzie takie zombie mieści to całe cieplutkie miąsko, skoro układ pokarmowy mu nie funkcjonuje? Napcha się, żołądek pęka i mu wypada? Rozumiem, że człowiek niezdolny do myślenia i odczuwania jakichkolwiek emocji to zwykłe chodzące mięcho. To po kiego grzyba rzuca się na żywego i zdrowego osobnika? Co mu to da, skoro taki zombie i tak nie trawi i nie przyswaja składników odżywczych? Do poruszania całego ciała potrzebny by był cały ośrodkowy układ nerwowy, czyli wszystkie te nitki. No i rdzeń kręgowy, który te informacje rozsyła po całym ciele. Zombie w uniwersum TWD powinno leżeć i się nie ruszać, nie jeść. Nie powinien dawać żadnych znaków życia, chyba że komuś chciałoby się zbadać aktywność jego mózgu, co by na pewno tę osobą bardzo zdziwiło, ale nie zagrażało jej życiu.

Zabijanie zombie też jest zabawne. Pień mózgu leży delikatnie nad karkiem, a w serialu wystarczy wbić coś w martwe już kresomózgowie (pień ma się dobrze) i w magiczny sposób zombie odchodzi z tego świata. Ale to już niedopatrzenie twórców, które razi w oko widza.

Pewnego dnia stworzę doskonałe zombie i prześlę wam przepis, to sobie zrobicie domowe zwierzątko takie jak Fido : >