poniedziałek, 3 grudnia 2018

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #17 | Sci-fi po polsku, czyli Nowi Ludzie R. Kosika

Science-fiction. Jedni uwielbiają, inni nienawidzą. Jeszcze inni dopiero zaczynają lubić i ja właśnie należę do tej grupy. Od jakiegoś czasu fascynują mnie różne wizje przyszłości naszego społeczeństwa, śledzenie ich rozwoju, przyczyn i skutków w różnych dziełach kultury. Zaczęło się niewinnie, i nie, nie od Obcego, ale od serialu Black Mirror, którego większość odcinków wgniata w fotel, zgniata mózg i nie rzadko powoduje pocenie się oczu. Potem już poleciało - genialny film Ex Machina Alexa Garlanda opowiadający o młodym naukowcu, który wygrał jakiś tam projekt (oglądałam dawno, a mam pamięć złotej rybki, wybaczcie) i w nagrodę miał spędzić czas z kreatorem bardzo zaawansowanej sztucznej inteligencji. Podobny motyw, ale jedynie epizodyczny, miał miejsce w grze fabularnej Detroit, która na 100% podbiła serca każdego fana motywu "ludzkiego androida". Dorzucić do tego należy A.I Sztuczną Inteligencję i mamy mieszankę wybuchową samych dobrych, poruszających, często wzruszających i na pewno dających do myślenia motywów człowieka i społeczeństwa za X lat. Moje poszukiwania trwały i zaprowadziły mnie do biblioteki do działu ksiąg zakazanych. Tam, pod wpływem chwili i sugerując się tytułem, wybrałam pierwszą dla mnie polską pozycję sci-fi Nowi Ludzie Rafała Kosika. I moje uczucia po lekturze nierównej prozy Kosika są raczej mieszane.



Pierwszy zawód nastąpił w chwili, gdy dowiedziałam się, że jest to zbiór opowiadań. Średnio przepadam za tą formą, ze względu na to, że często ciekawe motywy, funkcjonowanie światów i aspekt socjologiczny nie są na tyle dobrze i wyczerpująco opisane, że mogłabym czuć takie ciepełko w brzuszku jak po obiedzie u mamy.

Niestety. Pierwsze opowiadanie zatytułowane Trzy cyfry, tysiąc kombinacji jest jakąś marną próbą obudzenia w nas patriotyzmu. Z tego opowiadania aż wylewają się poglądy autora, które mniemam, są stricte prawicowe, co wyraża w swojej, nawet można powiedzieć, niechęci do głównego bohatera i całego "postapokaliptycznego" świata. Historia opowiada o mężczyźnie żyjącym w anarchicznym społeczeństwie, w Warszawie rządzonej przez bossa mafii, który mieszka sobie w Pałacu Kultury, a co, niech ma. Sam główny bohater jest jakimś specem od zabezpieczeń i wykonuje zlecenia dla wyżej wymienionego groźnego mafiozy. Polska, jako kraj, nie istnieje. Jest rozbita na takie małe państwa-miasta, typu Warszawa, Kraków, itp. Dostanie się z jednego do drugiego graniczy z cudem, sam nasz technik nazywa to "podróżą na Księżyc". Ale do rzeczy. Świat wygląda tak a nie inaczej po zamachach terrorystycznych tych złych, krwiożerczych muzułmanów, którym tylko dziewice w głowach. Autor, jak wyżej wspomniałam, nie oszczędza na przemyceniach swoich opinii do opisu świata przedstawionego, lecz już pozostawmy kwestie moralne i moje przemyślenia na ten temat. Historia nie trzyma się ni kupy ni dupy. Działania bohaterów w ogóle nieprzemyślane - chociażby akcja z przewozem walizki. Zapomniałam wspomnieć, że nasz bohater spółkuje sobie z córką ostatniego bohatera narodowego, jakiegoś tam Lewickiego (nie Prawackiego, hehe). I pewnego dnia przychodzą do nich do domu faceci w czerni i grzecznie proszą, przykładając pistolety do głowy, aby wybrali się do Krakowa, do tamtejszego "władcy", aby przekazać im arcyważną walizkę, przez którą może zmienić się bieg historii. No to nasi bohaterowie, "no okej, co począć, pojedziemy". I jadą. Sami. Czaicie, faceci w czerni, sługusy mafioza, przeżarci złem do szpiku kości, puszczają ich samych, aby zawieźli uberważną rzecz "na Księżyc". I to bohaterów nie zastanowiło? DLACZEGO. W każdym razie zakończenie historii jest tutaj mało ważne, ponieważ ogólnie cała nowelka jest... nudna. Do tego okraszona fatalnym językiem - zdania pojedyncze przeważają, interpunkcja bardzo dziwna - albo korektor słaby, albo zastosowali sobie jakieś nowe reguły gry, bo pierwszy raz się z tym spotykam. Historia 2/10.

Z każdą kolejną nowelką jest coraz lepiej, Partyline dziwne, stanik mi nie spadł, ale gdyby napisać w tym uniwersum całą, pełnoprawną powieść, mogłoby wyjść z tego coś dobrego, choć niekoniecznie oryginalnego. Resztę pomińmy, bo ten post nigdy się nie skończy.

W połowie tomu umieszczona jest właśnie tytułowa nowelka i to taka, która naprawdę mogła zaciekawić, do tego wpisuje się w krąg moich zainteresowań sci-fi, a mianowicie trochę o sztucznej inteligencji, ale bardzo dużo ciekawych obserwacji o skutkach współczesnych dążeń różnych grup społecznych do równouprawnienia. Tutaj już wchodzimy w grząski grunt, bowiem jestem świadoma tego, że każdy ma inny pogląd na ten temat, inną, własną definicję równości - nie tylko płci, ale ras, mniejszości, niepełnosprawności i innych dysfunkcji i "nienormalności". Ale znowu, zostawmy te przemyślenia na inny czas i post, bo myślę, że kiedyś należy swoje żale wylać. Wracając, walka różnych przedstawicieli grup społecznych o równość poskutkowała tym, że 1) mężczyźni mają prawie 0 praw, jeśli są przystojni, zdrowi i dobrze zbudowani, 2) jeśli istnieje jakaś grupa ludzi niepełnosprawnych, dajmy na to ludzi niezdolnych do przyswojenia przeszczepu, te są zakazane i reszta społeczeństwa nie może korzystać z tych dóbr techniki, 3) każda czynność seksualna mężczyzny i kobiety jest równoznaczna z molestowaniem, nieważne, że kobieta się zgodziła, 4) sport jest surowo zakazany, by nie dyskryminować osób, które są grube i nie mogą (lub nie chcą schudnąć), 5) posiadanie jakiegoś defektu lub choroby daje większe prawdopodobieństwo i możliwości w znalezieniu pracy. Te idiotyczne prawa mogłabym wymieniać naprawdę długo, ale może warto zaznaczyć już rys fabularny. Głównym bohaterem jest młody, zdrowy mężczyzna (najgorzej), imienia nie pamiętam. Żyje ze swoją kobietą, Natalią, która jest, jak na nasze standardy, despotyczna i dzisiaj może dzierżyć miano dominy, ale w czasie trwania akcji książki jest normalną, niezależną i równouprawnioną kobietą, także może dręczyć psychicznie swojego partnera i na każdym kroku grozić mu złożeniem pozwu a to za molestowanie seksualne, a to za molestowanie intelektualnie, ponieważ jest słabszą kobietą i ona może się tak bronić. Jako że nasz bohater jest życiowym przegrywem, bo urodził się zdrowy bez żadnych defektów, idzie do "oprawcy", czyli człowieka, który nielegalnie może mu wgrać jakąś chorobę lub defekt na czas nieokreślony, aby facet mógł w końcu znaleźć pracę. W wyniku pewnych zdarzeń, handlarz daje mu pudełko, które jest przyczyną późniejszych wydarzeń i początkiem końca tego modelu społeczeństwa. Nie będę zdradzać zakończenia, bo nie chcę spoilerować, ale uważam, że naprawdę, tego typu motyw zasługuje na pełną powieść.

Inne nowelki, które były warte uwagi, to Przeskok i Wielki Błękit, natomiast nie odczuwa się tego klimatu rodem z Piątego elementu i trochę z Seksmisji, który był mocno obecny w Nowych Ludziach. Myślę, że sięgnę jeszcze po prozę Rafała Kosika, ale w postaci powieści, bo autor ma naprawdę ciekawe pomysły i kilka wcześniej wspomnianych opowiadań w mniejszym lub większym stopniu daje do myślenia.

Mała sugestia dla powergraph - należałoby pomyśleć o zmianie korektora. Do usług.

piątek, 23 listopada 2018

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #16 | TO najlepszym horrorem?

Kilka lat temu w kinach ukazała się nowa adaptacja powieści Stephena Kinga To. Jako że uroczy mały dzieciaczek w żółtej kurtce zachęcił mnie do obejrzenia, postanowiłam pierw sięgnąć po pierwowzór w postaci książki z 1983.

Pierwsze zderzenie z książką było bolesne - toż ten gigant ma ponad 1100 stron! Lecz niezmordowanie, dniami i nocami, miesiącami, brnęłam dalej przez ulice Derry, przemierzając wszelkie zakamarki i kanały. Podczas wędrówki poznałam kilkoro głównych bohaterów - dokładnie siedmioro (sześciu chłopców i dziewczynka), historię ich przyjaźni, gdy mieli po 11-13 lat, oraz tę oddaloną o 25 lat w przyszłość, gdy każdy z nich miał już swoje życie i problemy. Paczka ta składa się z Billa Jąkały, Żyda Stana, Czarnego Mike'a, Grubego Bena, Hipochondryka Edda, Śmieszka Richie'ego i Rudej Beverly. Paczka iście frajerska.



Co mnie zadziwiło, to to, że Stephen King, będąc wtedy dosyć młodym pisarzem z niewielkim warsztatem pisarskim, napisał coś, co ma ogromną ilość opisów, z taką precyzją i dopieszczeniem, że tylko bić brawa. Porównując tę książkę do Carrie napisaną 10 lat wcześniej, miałam wrażenie, że czytam dwóch różnych autorów.

Ale wróćmy do fabuły. Akcja dzieje się w Derry, w stanie Maine (wszystkie powieści S.K. osadzone są w tym stanie). W mieście, gdzie co mniej więcej 25 lat dzieją się złowieszcze rzeczy, masowo giną i umierają mieszkańcy, głównie dzieci, a większość dorosłych nic z tym nie robi i mówią, że to "powietrze Derry jest specyficzne". W mieście tym zagnieździło się TO. Bliżej nieokreślona zła siła, która żywi się strachem i kreatywnością oraz bogatą wyobraźnią dzieci. Jest trochę jak bogin - przybiera kształt tego, czego aktualnie boi się dana osoba. Najczęściej daje się spotkać pod postacią groteskowego, paskudnego i przerażającego klauna z wielkimi zębiskami i pustymi oczodołami, który wabi małe dzieci do kanału pod pretekstem "wspólnego pływania" i możliwością posiadania pięknych, świecących baloników. Jak ufne dzieci kończą, wiemy.

I tutaj wkracza nasza banda przyjaciół, która nazwała się wdzięcznie Klubem Frajerów, przez co zyskała sobie naturalnego wroga w postaci osiedlowego i niepoczytalnego chuligana Henry'ego, którego brak piątej klepki spowodowany jest posiadaniem ojca kryminalisty, praktycznie zerowym wychowaniem, poniżaniem i biciem na każdym kroku.

Poza nieprzewidywalnym Henry'm, Frajerzy mają na pieńku z TYM, od kiedy Wielki Bill (przywódca Frajerów), stracił swojego młodszego brata w jamie gębowej TEGO. Od tego czasu w jego otoczeniu oraz otoczeniu jego koleżków zaczynają dziać się dziwne rzeczy, widzą nienaturalne, gnijące postacie oraz krew wydobywającą się z różnych miejsc, której nie widzą dorośli. Paczka frajerów nie ugina się pod naciskiem sił zła i postanawia je zwalczyć. W jaki sposób, musicie sprawdzić sami.

SPOILER ALERT

Powieść ma ciekawą kompozycję, nieczęsto spotykaną, bowiem wydarzenia z lat 50, kiedy to bohaterowie byli dzieciakami, przeplata się z tymi mającymi miejsce 25 lat później. King zastosował tu pewnego rodzaju analogię wydarzeń - opis pewnego ważnego fabularnego wydarzenia z młodości bohaterów zostaje poprzedzony sytuacją podobną, dziejącą się 25 lat później, tworząc pewnego rodzaju ciąg. Towarzyszy temu zmienność narracji - częściej mamy do czynienia jednak z trzecioosobową, ale nie rzadko możemy śledzić fabułę z pierwszej osoby. Nie powoduje to na pewno pogubienia się w wydarzeniach, autor niewątpliwie poradził sobie z zastosowanym zabiegiem.

Jak to u Kinga bywa, mamy plejadę rozwiniętych, dobrze rozpisanych postaci, czasami nieco stereotypowych, np. Żyd z przylizanymi włosami, pilny, z bogatego domu, ale za to pasjonujący się przyrodą, ptakami, z nieco strachliwym usposobieniem, co będzie miało swój skutek w jego decyzjach. Nie będę tu opisywać każdego z osobna, bo zwyczajnie w świecie mi się nie chce.

Ważniejsze jest to, że King porusza delikatne tematy, adekwatne do czasu wydarzeń - duża i odczuwalna niechęć do Mike'a (czarnego) oczywiście na tle rasistowskim, wyzwiska w kierunku Stana co do jego religii i stereotypowego wyglądu, problematyczna i niepokojąca relacja Bev ojciec-córka, która może mieć jakieś seksualne podłoże, zaniedbanie dziecka, przesadna miłość do dziecka i wiele innych.

Warto mieć na względzie, że połowa akcji dzieje się w latach 50, wtedy tak dzieci nie pilnowało się jak dzisiaj, szczególnie dzieci w takim wieku. Nie wyobrażam sobie, aby moje 11/12 letnie dziecko szwendało się całymi dniami Bóg wie gdzie i Bóg wie z kim. A wtedy nie było możliwości, by wysłać mamie SMS, że spóźni się na obiad. Wynika to oczywiście z innego podejścia do wychowania - ale zmierzam do tego, że jest to kolejna zaleta tej książki. Czytając, zastanawiasz się, gdzie są rodzice, dlaczego ich nie pilnują albo nie wychowują. Klimat czasów w tym aspekcie zachowany idealnie.

Nie będę tylko i wyłącznie książki chwalić. Zakończenie totalnie nie pasowało do całości i budowanej akcji, nie wiem, czy to przez brak mojego zrozumienia, czy King sam nie miał pomysłu, jak to pociągnąć dalej, ale fakt faktem, było grubymi nićmi szyte. Nie były to nawet podróże między wymiarami, tylko jakaś głęboka faza po twardych narkotykach. Gigantyczny, gadający żółw, który wyrzygał Wszechświat? Wielka Pajęczyca jako równoważnik "dobra"? No nie wiem. Jest to dla mnie nie tyle co abstrakcyjne, ale niedorzeczne i jak mówiłam, niepasujące do całości.

King przesadził GRUBO, pisząc scenę o "zacieśnianiu więzi przyjaźni" dzieci, kiedy te pokonały w ich mniemaniu TO. W ściekach, obrzydliwym, śmierdzącym miejscu, po traumatycznych wydarzeniach, martwiły się o to, że Los połączył je tylko dlatego, aby powstrzymały TO. A kiedy już dokonały dzieła, czuły, że ich wspólna wędrówka chyli się ku końcowi, zaczęły się czuć niezręcznie w swoim towarzystwie i raczej były skłonne stwierdzić, że już nigdy więcej nie będą się trzymać. Co postanowiły zrobić w takim wypadku 11-13 letnie dzieci? A no urządzić sobie gangbang. W ściekach. Dzieci. I serio, King tłumaczy to jako desperacki krok ku ratowaniu przyjaźni. Warto wspomnieć, że prowodyrką tego poronionego procederu była Bev, która każdego chłopca, po kolei, zapraszała "do siebie". Panie Stefanie Królu, to zakrawa trochę o erotykę dla pedofili. Tak nie wolno.

Chyba na tym mogę zakończyć swoją opinię. Komu polecam książkę? Na pewno fanom krwawych, obrazowych opisów, wielbicielom klimatu Ameryki lat 50' oraz "smakoszom" literackiego, niewymagającego, statycznego, acz pewnego słowa.

piątek, 30 września 2016

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #15 | Wymęczony Monster

W dobie wspaniałej, soczystej i nieskazitelnej kreski cieszącej oko, spójnym klatkowaniu, słabej fabuły, nudnych i monotonnych bohaterów, wzięłam się za Monstera, "staroć" z... 2004 roku (co? myślałam, że starszy co najmniej 10 lat). Uchodzi on za perełkę wśród tej starszej widowni, a jako że do najmłodszych osobników już nie należę, ochoczo zabrałam się za ten tytuł.

Dokta Tenma


Kenzou Tenma, wybitny neurochirurg, złote ręce i złoty umysł - cierpliwy, życzliwy, zawsze uśmiechnięty. Traktuje ludzi równo - co jest kluczowe w całym anime. Jest po prostu prawy, chodzący ideał. Pracuje w Niemczech, ma piękną narzeczoną, córkę dyrektora szpitala, w którym pracuje. Można by rzec - bajka. Nagle, pod wpływem jednej decyzji, według nas i niego - słusznej, jego utopia się rozpada. Do szpitala trafia chłopiec z raną postrzałową w głowę, wymaga natychmiastowej operacji. Kenzou, szykując się do operacji, dostał rozkaz zostawienia malca i uratowania burmistrza (bogacza). Doktor (no jest prawy, co nie?) sprzeciwia się rozkazowi dyrektora placówki (w tym przyszłego teścia) i ratuje chłopca, w wyniku czego zostaje pozbawiony swojej wysokiej pozycji w szpitalnej hierarchii, na dodatek zrywa z nim narzeczona (swoją drogą, niezła z niej siksa). Tenma przyjmuje wszystko na klatę, jest dobrze, dopóki może pomagać ludziom. Niestety, 9 lat później dochodzi do morderstwa jednego z pacjentów Tenmy, o które oczywiście Japończyk jest oskarżony. Szerloki od razu się domyślą, że mordercą jest ten chłopiec, którego Tenma uratował przed laty. Poszukiwany prze policję, doktor wyrusza za młodzieńcem, by naprawić swój błąd.

Bad boy


Cóż... brzmi skomplikowanie. Pomyślcie sobie, że to anime ma 74 odcinki. Niekiedy pędzi jak koń po westernie, a innym razem ciągnie się jak guma w gaciach. Właśnie dlatego Monstera oglądałam przeszło 2 lata - dopiero w ostatnim tygodniu spięłam poślady. Wczoraj, na świeżo po finale, miałam mieszane uczucia i ogólny mętlik w głowie - zakończenie jednocześnie było słabe i wyśmienite. Z wielkim przytupem na wyśmienite a delikatnym stąpnięciem motylka na słabe*. Spokojnie, na dzisiaj nie przewiduję spoilerów.

Fabuła... co powiedzieć, by za dużo nie powiedzieć... Wstrząsająca, straszliwa, zatrważająca, spójna i niemożliwie nieprawdopodobna. Tak, gdyby nie "zrządzenia losu", które były obecne niemal przy każdym spotkaniu bohaterów, czasami pomijanie pewnych wątków (nie wiem, jak w mandze), przez co widz się gubi i ma majndfak - skąd oni się znają? - można by było nazywać Monstera realistycznym i prawdopodobnym. Lecz takie baboczki można wybaczyć, przecież to tylko bajka. Do tego chińska.

Tenma to lekarz z powołania. Na początku wydaje się być cienkim Bolkiem, ale później daje się poznać z tej jeszcze lepszej, stanowczej wersji siebie. Do końca pozostał wierny swoim ideałom, musiał być człowiekiem o żelaznej myśli, bo po takich przejściach, wiecznym uciekaniem przed policją i nieprzerwanie towarzyszącym mu strachem powinien już w połowie historii zacząć się zmieniać. Nie jestem psychologiem, ale wydaje się, że tacy nieskazitelni ludzie nie istnieją. Autor kierował się realizmem, chciał wydobyć z człowieka prawdziwą naturę - jego celem było na pewno stworzenie postaci z krwi i kości, mających swoje słabości, wady jak i zalety. Szarość, brak bieli i czerni. W ogólnym rozrachunku udało mu się, tylko ten jeden Tenma mu nie wyszedł. Jest zbyt idealny.

To był fajny pan (zapomniałam imienia)


"Czarnym charakterem" jest Johan Liebert, czyli morderca bez skrupułów. Piekielnie inteligentny, wyprzedzał wszystkich o kilka kroków, bawił się nimi w reżysera i aktorów - on kreował cały świat, a inni tańczyli, jak im kazał. Niesamowity manipulant, przebiegły lis z umiejętnością zmiany głosu na kobiecy (if you know what I mean). 
Z drugiej strony chłopak z tragiczną, wręcz traumatyczną przeszłością, najsmutniejsza postać, jaką kiedykolwiek poznałam. Okazuje się, że nad reżyserem stoi jeszcze Bóg, który planuje życie reżysera na długo przed jego urodzeniem. 

Najczarniejszego a zarazem najszarniejszego (?) bohatera nie chcę demaskować, ponieważ pojawia się on w serialu dość późno. 

Muzyka klimatyczna, dominują raczej spokojne utwory - drugi ending mocno zapadł mi w pamięć, nostalgiczny, ciepły, ale i niepokojący.

Nie zgadzam się z negatywnymi opiniami na temat zakończenia jak i "odcienia" bohaterów. Uważam Monstera za naprawdę udaną psychologiczną produkcję. Bardzo trudny w odbiorze, często niezrozumiały, straszny i tragiczny. Takimi epitetami bym opisała Monstera. Nieliczne zgrzyty, takie jak słaby damski seiyuu... Wypominanie tego jest nie na miejscu. 

Jeśli chciałbyś poświęcić trochę czasu i nagłówkować się, a po całym seansie cicho oddać się refleksji na tydzień - zdecydowanie polecam.

*aby nie zdradzić zakończenia, nie mogę powiedzieć, co uważam za słabe, a co za wyśmienite, ale mogę napomknąć, że chodzi o wspomnianą czerń i biel

.......................................................................................................................................................
Monster soundtrack - Make it home




środa, 24 sierpnia 2016

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #14 | Tokyo ghoul

O matulu. Myślałam, że bezpowrotnie straciłam tego bloga - wchodziłam i w ogóle nie działał. Po co więc się trudzić i stwarzać nowego? Więc więcej tu nie zaglądałam. Lecz ostatnio coś mnie tknęło i chciałam powrócić do pisania, bo czuję, że tracę umiejętności... Miał to być post o książkach popularnonaukowych, ale się rozmyśliłam i po dłuższym wytężaniu mózgownicy postanowiłam wrócić do korzeni - do anime.

Trzeba przyznać, że maseczkę ma niczego sobie : >

Coś lekkiego i niewymagającego, czyli Tokyo Ghoul, z którego, prawdę powiedziawszy, pamiętam tylko genialny opening...

Jak już powszechnie wiadomo, marszczelce kochają wszelkiego rodzaju zombie, więc ciężko im ominąć nawet największy shit. Nie, pierwsza seria nie jest takim shitem, o ile oglądasz bez cenzury :>
Do rzeczy.
Anime opowiada historię zwykłego (a jakże) mężczyzny (czy Kaneki to już facet czy nastolatek?) Kanekiego Kena niepotrafiącego znaleźć sobie normalnej dziewczyny. Kiedy w końcu umawia się ze skromną okularnicą, równie nudną jak on, zakochuje się po uszy i już, gdy miało dojść do pierwszego pocałunku... ta odgryza mu połowę szyi. Tak, proszę państwa, zaskoczenie, kobitka była ghoulem, wybitnie brutalnym i rozsmakowanym w mięsie facetów. W każdym razie Kaneki ucieka, ona go goni, blablabla, on już na skraju śmierci, spadają na nich belki, ona umiera, a on ciężko ranny trafia do szpitala, gdzie lekarz przeszczepia mu (chyba) żołądek tejże ghoulki. I tak oto Kaneki staje się pół ghoulem, pół człowiekiem - nie może przyjmować normalnego pokarmu - może żywić się tylko ludzkim mięsem i... kawą.

Tak mniej więcej przedstawia się fabuła pierwszego odcinka pierwszej serii. Cóż, pomysł całkiem ciekawy, miło jest patrzeć, jak cichy i moralnie "prawy" Kaneki zostaje zmuszony do zasmakowania w ludzkim mięsie, jak broni się przed nową naturą, jak ciężko mu zaakceptować nowe życie, nowe otoczenie i "znajomych". Pierwsza seria (bo będę tu mówić i o tej drugiej) jest całkiem znośna - raczej fabuła trzyma się kupy, wydarzenia spójnie się przeplatają - ogólnie zarzutów nie mam (wybaczcie, postaci już średnio pamiętam). Niestety, dobra pierwsza seria przerodziła się w totalny bullshit w drugim sezonie... TOTALNIE NIE WIADOMO, O CHUJ CHODZI. Kaneki z jakichś wybujałych powodów staje się emo na 100 levelu, dostaje powerupy z dupy (wolałam, gdy był popychadłem w pierwszym sezonie, bo to było naturalniejsze i normalniejsze w jego sytuacji). Nieracjonalne zachowania policji, bohaterów - podczas napadu policji na tę kafejkę inne ghoule, zamiast pomóc, to się gapiły i komentowały, po co się tu zebrały. Szczerze, szkoda mi psuć klawiatury, komentując tę serię...

Tak, ten białasek to Kaneki po przemianie... Spójrzcie tylko na te emowskie oczęta... 


Tak, wyszłam z formy i jestem zawiedziona sama sobą, że nie potrafię już nic ładnego stworzyć. Chyba muszę częściej wylewać tu swoje żale, może mi się polepszy... W każdym razie, twórcy zafundowali nam papkę dla mózgu, zmarnowałam 5 godzin mojego życia. Po prostu nie.

P.S. Nie przyłożyłam się do pisania tego posta, przepraszam.

....................................................................................................................................................

TK - Unravel

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #13 | Grobowiec świetlików

Dawno mnie tu nie było... Cóż, nie będę się usprawiedliwiać, zwyczajnie zapomniałam o blogu : > Przypomniało mi się dopiero po obejrzeniu pewnego filmu, który wzbudził we mnie niemałe emocje, z którymi chciałam się z kimś podzielić. Jak się pewnie domyślasz, chodzi o Grobowiec świetlików (jp. Hotaru no haka). Film starszy, bo z 1988, oczywiście produkcja studia Ghibli, reżyserowany przez Isao Takahatę, twórcę Rodziny Yamadów (to taka japońska animowana wersja Klanu). Wracając do samego filmu, jest to dramat wojenny - czasy II wojny światowej pokazane z perspektywy, a jakże, Japończyków, znienawidzonych przez aliantów (tudzież przez polskich historyków). Z historią jestem na bakier, więc nie będę się już więcej poniżać udając mądralę, więc przejdę do opisu fabuły.



Głównymi bohaterami Grobowca świetlików jest rodzeństwo - 14-letni Seita i jego sporo młodsza siostra (na oko 5 lat). W nalocie na Kobe tracą dom i matkę, zostają sierotami. Przygarnia ich ciotka, siostra ich matki. Po pewnym czasie tymczasowa opiekunka zaczyna wypominać dzieciom, że są darmozjadami. Chłopak się obrusza i wyprowadza się wraz z siostrą od ciotki. Znajdują stare bunkry nad jeziorem i zamieszkują tam.

Tam mniej więcej zarysowuje się fabuła.
Film jest... bardzo delikatny. Subtelnie ukazuje mentalność Japończyków - mowa o stosunku obywateli, zwykłych wyjadaczy chleba, do kamikadze, o wadze własnego honoru i o ludzkich odruchach w czasie głodu i biedy.
Seita to całkiem mądry chłopak, ale jest zbyt młody, by sam zajmować się siostrą, by za nią odpowiadać, uważać na nią. Przerastało go to. W czasie pobytu u ciotki nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie pracując i żyjąc na jej utrzymaniu w końcu kobieta zacznie mu wypominać nieróbstwo - należy ją rozumieć, to były ciężkie czasy, czasy egoizmu i dbania tylko o siebie lub o swoją najbliższą rodzinę, jedzenie zdobywało się na zasadzie handlu wymiennego. Seita, zamiast próby znalezienia pracy, wolał wyprowadzić się od ciotki. Oczywiście po pewnym czasie siotra Seity, Setsuko, zaczyna poważnie chorować z niedożywienia - wysypka, biegunka, w końcu omamy. Przez połowę filmu obserwujemy powolną śmierć dziewczynki i bezskuteczne starania Seity dążące do wyleczenia Setsuko - początkowo sprzedaje wszystkie swoje rzeczy, wypłaca pieniądze z banku pozostawione przez rodziców, w końcu zaczyna kraść, najczęściej podczas nalotów, kiedy mieszkańcy skrywali się w schronach, chłopak biegał od domostwa do domostwa i okradał ich właścicieli. Niestety, to nie przynosi żadnych rezultatów i siostra Seity umiera.

Warto wspomnieć, że ojcem dzieciaków był dowódca (albo generał, nie znam się na tych stopniach wojskowych, w każdym razie ktoś ważny i poważany), więc przed wojną rodzina żyła całkiem dostatnio. Co za tym idzie, diametralna zmiana otoczenia i sytuacji finansowej powinna wpłynąć na zachowanie dzieci, a tu proszę, szybko zaadaptowały się do nowego życia. Wojna zmienia ludzi.



Ciekawym motywem przewijającym się przez cały film jest puszka landrynek, doza chwilowej słodyczy, odskoczni od codziennego życia. Początkowo pełna, z czasem, co oczywiste, staje się pusta - wtedy Seita wypłukuje puszkę wodą, by mała mogła napić się słodkiej wody. Ostatnim "etapem" tej sławnej puszki (może nie tyle co etapem, a obrazem) jest umierająca Setsuko ssąca kamień. Mała już nie kontaktowała.

Cała akcja w filmie to wspomnienia umierającego Seity. Widzimy go jako nędzarza na dworcu ściskającego puszkę landrynek, później spotyka się już z Setsuko, szczęśliwi, nieobecni.

Cóż, muszę przyznać, że film to prawdziwy wyciskacz łez - obraz samotnych dzieci tułających się w czasach wojny boli widza. Zmuszający do przemyśleń nawet kilka dni po seansie. Obowiązkowa pozycja.

niedziela, 11 października 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #12 | Przypadek Dextera

Zawsze uważałam, że książka jako pierwowzór jest lepsza od jej ekranizacji. I tak było, dopóki nie poznałam Dextera Morgana i jego niezwykłej historii. Pierwszy raz przeczytałam tę serię w wieku 13 lat i bardzo mi się spodobała - grzeczny psychopata i jego niewinne, wieczorne grzeszki plus coraz to bardziej psychopatyczni seryjni mordercy, okrutne i obrzydliwe zbrodnie zakrapiane czarnym humorem Dextera. Postanowiłam sobie odświeżyć pamięć i tak po prawie siedmiu latach znowu sięgnęłam po tę pozycję. Jakże inna była moja reakcja!

Oszczędność. To jedyne, co mi przychodzi na myśl, gdy myślę o języku Jeffa Lindsaya. Wiadomo, że we współczesnych kryminałach nie liczy się zgrabne ujęcie w słowa fabuły czy opisów, ale sama wartka akcja i jej spójność. Niby w Demonach Dextera i Dekolagu Dextera (bo te pozycje dotychczas zdążyłam powtórnie przeczytać) to wszystko jest, ale nadal... widać, że proza Jeffa kierowana jest bardziej w stronę bezmyślnej młodzieży pragnącej rozlewu krwi i latających flaków i cierpiących na znieczulicę społeczną. Zabawne niegdyś powiedzonka Dextera teraz wywołują niesmak i są niekiedy żenująco słabe. Mam wrażenie, że nie jest on dojrzałym trzydziestoletnim facetem, tylko zatrzymał się na poziomie siedemnastolatka.

Co do innych postaci, bardzo irytująca jest Deb, czyli  przyszywana siostra naszego potwora. Jedyne, co umie, to rozkazywać Dexterowi i kazać mu sobie pomagać. Jest detektywem, a cały czas polega na intuicji Dextera i wykorzystuje go do rozwoju własnej kariery. Jej charakterystycznymi cechami są kapryśność, brak taktu, wulgarność - przeklina za każdym razem. Pomiata Dexterem i zgrywa twardą babę z jajami, a jak przychodzi co do czego, to zachowuje się jak małolata - gdy porywają jej chłopaka, w którym jest zakochana od tygodnia... No trochę wiarygodności. Czy proszę o zbyt dużo?

Pozostałe postacie da się przełknąć... Wiecznie napaloną LaGuertę, podejrzliwego i niezwykle "przenikliwego" Doakesa, względnie naturalną Ritę... Ale zrobienie z jej dzieci kolejnych psychopatów... Nie mają tak niezwykłych przeżyć jak Dexter, ale pójście w jego ślady i mordowanie małych zwierzątek to już przesada. Autor ewidentnie chce połączyć Dextera i Ritę kreując z jej dzieci potworów, małych następców Dextera. Morgan tym samym staje się ich mentorem, autorytetem... Naciągane.

Oczywiście pierwszy sezon serialu jest o niebo lepszy od papierowego pierwowzoru. Fabuła nie trzyma się sztywno książki, postacie da się lubić, Dexter nie jest aż takim dupkiem, Debora ma jaja i mózg, LaGuerta nie jest przesadnie napalona, a dzieciaki Rity są normalne (akcja z psem na szczęście nie miała miejsca). Dexter w serialu dowiaduje się, że jednak zależy jej, w jakiś tam sposób, na Ricie, że nie jest ona tylko pustą przykrywką dla jego normalności i przeciętności, czemu aż za bardzo daje wyraz w książce. Także łapcie za serial! Oczywiście im dalej, tym gorzej, ale pierwsze dwa sezony jak najbardziej polecam :)

A tak na marginesie, Jeff porusza bardzo ciekawy i kontrowersyjny temat, jakim jest kara śmierci dla zwyrodnialców. Sam Dexter to Mściciel, robi więcej dobrego niż policja, czyli eliminuje elementy groźne, niszczy śmiecie i szczury, które panoszą się po Miami. Nie będę się rozwodzić w poście o książce na temat polityki i wartości każdego człowieka, ale warto się nad tym zastanowić, czy tacy Dexterzy powinni zadomowić się w każdym większym mieście i czy nie okazaliby się bardziej wydajni od policji i wymiaru sprawiedliwości, w którego mniemaniu pedofile wychodzą po kilku latach z więzienia i tego samego dnia niszczą życie dzieciom...

Bywajcie!

......................
Creedance Clearwater Revival - Have you ever seen the rain?

poniedziałek, 21 września 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #11 | TWD. Zejście

Całkiem niedawno premierę w Polsce miała kolejna książka z uniwersum The Walking Dead - TWD.  Żywe trupy. Zejście. Powstała dzięki współpracy ojca współczesnych zombie - Roberta Kirkmana (tego pana chyba każdy zna) i Jaya Bonansingi, który to odpowiada za wcześniejszą trylogię o Gubernatorze. Nie czytałam jego poprzednich prac, Zejście jest moją pierwszą. Rzadko kiedy to robię, ale odradzam marnowanie pieniędzy na tą pozycję.



Po śmierci Gubernatora pieczę nad Woodbury trzyma Lilly. Daje się poznać jako kobieta zaradna, silna, pomysłowa i inteligentna (niestety, z tym ostatnim przymiotem to tylko pozory). Do miasteczka dociera bardzo religijna rodzina Dupree - małżeństwo Meredith i Calvin i ich troje dzieci, z których wyróżnia się najstarszy 12-letni syn Tommy. Mają lekkie obawy co do miasteczka, ale decydują się zostać. Po kilku dniach do miasteczka nadciąga horda. Atak zostaje odparty, ale nie mogę zdradzić jak, bo to popsułoby lekturę. I na tym mogłaby skończyć się przygoda w pierwszej części cyklu. Tak się jednak nie dzieje - do miasteczka ponownie dociera młody mężczyzna wysłany na zwiady (sam!) w poszukiwaniu lepszego domu dla swoich znajomych. Znajomymi okazują się kaznodzieja Jeremiah i jego wierni nazywający siebie Zielonoświątkowymi Sługami Bożymi. Oczywiście grupa ratunkowa Lilly wychodzi bez szwanku i oswobadza wiernych, którzy nieźle krwi napsują w jej małym raju...

Uwaga, spoilery! Czytasz na własną odpowiedzialność.

Tak mniej więcej przedstawia się fabuła. Nie jest jakaś wybitna, ale dałoby się znieść, gdyby nie parę "niuansów", które rażą w oczy bardziej wymagającego czytelnika.

Zacznijmy od fabuły i języka służącego do jej opisania.
W samej historii nie ma raczej nic zaskakującego i nowatorskiego, wieczne hordy, odpieranie ataków, rozkwit miasteczka i tak w kółko. Znowu pojawia się ten "nieoczekiwany" zwrot akcji, w którym "pozornie" dobry człowiek okazuje się początkiem katastrofy. Czyli byyyło, nawet w poprzedniej części. Całość oprawiona raczej w monotonne i powtarzające się opisy, szczególnie jeśli mamy na myśli te o zabijanych zombie. Nie wiem, czy to wina tłumacza, czy samego autora, ale czytanie raz po raz tych samych słów w tych samych sytuacjach... Nie, to nie przejdzie. Język wulgarny - jak najbardziej, w końcu to historia o ludziach na skraju wyginięcia, nędzy i rozpaczy, żyjących w skrajnych warunkach i w ciągłym strachu. Wulgaryzmy to chyba jedyny plus, ale nic nieznaczący w morzu minusów.

Tym morzem minusów okazują się bohaterowie. Nieprawdziwi, nieprzekonujący, głupi i naiwni. Pierwsza, najgorsza, ta, która sprowadziła klęskę na swoje miasteczko - Lilly. Jak wcześniej nadmieniłam, inteligencją to ona nie grzeszy (w tej drugiej części książki). Przeszła wiele, zdradę ze strony Gubernatora, jego tyrańskie rządy. Powinna wiedzieć, że władza w miasteczku to nie są żarty i nie powinno się jej powierzać byle komu, a w szczególności osobie, którą dopiero co poznała. Niestety, nie wykazała żadnych podejrzeń co do Jeremiaha (z wyjątkiem początku, ale one zostały szybko rozwiane, bardzo nienaturalnie) i po tygodniu lub dwóch ofiarowała mu władzę w miasteczku, ponieważ sama zakochana w Calvinie chciała bawić się z nim w szczęśliwy dom. Nie w tych czasach, moja droga. Poza tym, jako "przewodnicząca" miasteczka powinna wiedzieć, iż nowoprzybyłym nie dość, że nie można ufać, to jeszcze powinno się ich przeszukać i sprawdzić ich ekwipunek. Podczas apokalipsy zombie nie bawimy się w ochronę praw człowieka, ponieważ cały humanitaryzm legł w gruzach. Należy być bardzo, ale to bardzo ostrożnym. Lilly zapomniała, że nie wolno nikomu ufać.
Następny do golenia to Calvin. Stracił żonę (ups, spoiler), a po dniu już łypał zuchwale na Lilly. Taka cicha woda, tutaj niby gorliwy katolik, dekalogi, Biblia wkuta na blachę, a tam ten tegesy z inną kobietą. Można pokusić się o dogłębną psychoanalizę, doszukiwać się głębi w jego nieprawilnym zachowaniu - zachwianie emocjonalne po stracie żony, cała zombie apokalipsa (chociaż trwa ona kilka ładnych lat, powinien się przyzwyczaić - no właśnie, jak oni przetrwali mając tylko siebie?), próba poradzenia sobie z zapomnieniem zmarłej małżonki albo może był głodny seksu, a Meredith była na tyle chora i niestabilna w emocjach, że nie miała ochoty. Albo apokalipsa zombie to raczej nieodpowiedni czas na reprodukcję w niedogodnych warunkach. W każdym razie coś mi tu ohydnie śmierdzi, a mianowicie jest to niedokładnie zakreślona postać, nieprzemyślana, co poskutkowało daniem nam plastiku na tacy. Po prostu jej nie kupiłam.
Kluczową postacią jest Bob, starszy pan, alkoholik, który odstawił używki jakiś czas temu, chociaż co jakiś czas uzależnienie daje o sobie znać. I to w krytycznych momentach. Bob wie, czego chce i wie, jaki powinien być. Nie ufa nowoprzybyłym, ani nie darzy szczególną sympatią Calvina i jego rodziny, ani też raczej nie wzbudzają w nim podejrzeń. Większą uwagę poświęca Jeremiahowi, nie ukrywa tego, że nie lubi kaznodziei i że mu nie ufa. Ma pretensję do Lilly za to, że za bardzo pozwala pastuchowi panoszyć się w Woodbury (co jest smutną prawdą). Nie daje się nabrać na jego gierki, śledzi go, obserwuje, analizuje i w końcu przeszukuje jego prywatne rzeczy, w tym wielki plecak. Tym samym ratuje wielu mieszkańców wioski od śmierci. To całkowicie demaskuje Jeremiaha - przynajmniej w oczach Lilly. Bob to alegoria mądrości, doświadczenia i zdrowego rozsądku. Szkoda tylko, że jest w tym osamotniony, co nadaje niejakiej sztywności, sztuczności i patosu fabule - MĄDRY on i GŁUPIA reszta Woodbury, UŚWIADOMIONY on i ŚLEPA reszta Woodbury. Ostatni sprawiedliwy Bob.
Mówiłam o tym Jeremiahu, ale kim on tak właściwie jest? Jaki jest? Dobry czy zły? Oprawca czy ofiara? Na tle poprzednich postaci klecha jest ciekawie skonstruowany. To fanatyk i to przez duże F. Nikomu nie przeszkadza jego religijne pieprzenie w bambus, emanuje prostotą, dobrem, uczciwością, życzliwością. Tak, był życzliwy. Życzliwie chciał uwolnić swoich braci i siostry od zła doczesnego, które czyha za rogiem. Chciał dać im ukojenie w tych trudnych czasach, by nie musieli już walczyć, martwić się, bać. Zabijać. Dokładnie, chciał wymordować wszystkich mieszkańców Woodbury. Dla niego nie było to morderstwo, to było uwolnienie. Wierzył w to, co robił, nie miał złego zamiaru. I jak na fanatyka przystało zmuszał innych, by podzielili jego zdanie i los. Dlatego działał z ukrycia. Niezrozumiałe jest dla mnie wpuszczenie hordy zombie do miasteczka. Bezsensowne zmuszenie postaci do popełnienia nieprzemyślanego czynu tylko po to, by ruszyć fabułę dalej. Niedopuszczalne. Należy oczekiwać, że klecha wróci jako Mściciel, by się zemścić za pokrzyżowanie jego planów. Typowe.
Na wspomnienie zasługuje jeszcze najstarszy syn Calvina, Tommy. Dwanaście lat na karku, zachowuje się jak młodzieniec udający dorosłego. Rezolutny, twardo stąpający po ziemi. Za twardo. trochę przypomina późniejsze stadium Carla, tylko że Carl umie trzeźwo myśleć. A Tommy myśli, że umie. Jest przeciwny nadgorliwości religijnej rodziców, za co brawa się należą - wie, że modlitwa nie pomoże im żyć dalej. Opiekuje się młodszym rodzeństwem. Zabija... Zabił swojego ojca, bo przypuszczał, że ten zagraża Lilly i Bobowi (wynikła pewna sytuacja i nie chce mi się jej opisywać). Z jednej strony dobrze, ale nie wiedział, że Calvin powoli się poddaje, można było go przekonać. I tylko płacz na widok rozpapranej łepetyny jego ojca, z której mózg się wylewał? Nieprzekonujące.

Nie mam wprawy w krytyce, zwykle wszystko mi się podoba, ale zmarnowane pieniądze bolą. Książka nie mogła być dobra, Kirkman chyba przeczytał ją po premierze, pełno dziur fabularnych, naciągani i nieprawdziwi bohaterowie. Tylko typowi Bob i Jeremiah trzymają tę pozycję na nogach. Odradzam.

piątek, 11 września 2015

Jak zostać nieśmiertelnym #10 | Ach, te lektury...

Lektury. Odwieczny koszmar ucznia. Stare książki o starych czasach i starych ludziach. Co w tym dobrego? A no, jest, i to sporo.


Naszło mnie takie pragnienie, aby pomówić o lekturach, bo tęsknię za nimi :( Wiadomo, w podstawówce i gimnazjum zwykle się narzekało, w liceum mniej, ponieważ zaczęłam dostrzegać te dobre strony lektur, że jednak nie bez powodu są kanonem literatury i każą je czytać małym smrodom.. Teraz, gdy idę na studia na kierunek całkiem ścisły, nie będę miała już do czynienia z polskim i z literaturą (o ile czas pozwoli), a polski bardzo lubię. I możecie mi wierzyć albo nie, ale te niekiedy grube tomiszcza, napisane trudnym językiem, naszpikowane archaizmami lub neologizmami, z niekończącymi się opisami naprawdę są esencją wartości, poruszają trudne problemy, niekiedy aktualne i wtedy, i teraz. A oto zestawienie lektur ważnych, tych, które jako tako pamiętam (czyli podstawówkę ominę), głównie skupię się na podstawie programowej z liceum.

Kadr z filmu Quo Vadis

Wiem tylko, że niektóre podstawówki do spisu lektur dołączają pierwszą część Harry'ego Pottera :) I bardzo słusznie, bo jaka inna książka ma zachęcić młodych ludzi do czytania? No właśnie, teraz doszłam do wniosku, że celem lektur w podstawówce jest przede wszystkim wszczepienie miłości do książek. Te lektury mówią raczej o podstawowych wartościach jak szczera przyjaźń, miłość czy empatia. Są one raczej niewinne, mówiące o zabawie, komiczne - zaczytywałam się w Mateuszku Elviry Lindo, który wzorowany był na światowym bestsellerze Mikołajku. Za to które książki zdecydowanie nie nadają się dla dzieci z podstawówki, które coraz częściej nie wiedzą, czym jest książka? W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Do dzisiaj pamiętam negatywne wrażenia po tej lekturze, a czytałam wszystko, co mi w ręce wpadło. Zbyt długie opisy dosłownie odstraszają, zanudzają. Są lepszym środkiem nasennym niż Forsen. Poza tym Henryk Sienkiewicz zdąży dostatecznie zbrzydnąć w gimnazjum z powodu znienawidzonych powieści historycznych Krzyżaków Ogniem i mieczem. Na szczęście nie mogę się wypowiadać na ich temat, ponieważ pani polonistka z gimnazjum uraczyła nas Quo vadis i chwała jej za to. Szczerze, nie przepadam za językiem średniowieczno-renesansowo-barokowym. Natomiast akcja Quo vadis toczy się za czasów panowania Nerona, cesarza rzymskiego, krótko po śmierci Jezusa, jest o prześladowaniu ówczesnych chrześcijan, miłości przezwyciężającej różnice kulturowe i religijne i... o czymś tam jeszcze :) W każdym razie całkiem dobrze się czyta, język jest prosty, co nie skutkuje opadaniem głowy z przemęczenia.
Plakat filmowy Piekła Dantego - w 1/3 oddaje książkę

Dzieła antyczne Sokratesa - Król Edyp i Antygona są tymi, które trzeba znać. Poruszają wiele tematów tabu, których nie podejmowano w późniejszych okresach - głównie chodzi mi o morderstwa i kazirodztwo. Oczywiście z tych utworów można wyciągnąć całą esencję starożytności - Fatum i brak jakiegokolwiek wpływu na swój los, katharsis i niezamierzona wina. Kontrastujące postawy sióstr, model kobiety pewnej siebie, z charakterem i z jajami - bynajmniej nie chodzi o transseksualistów. W późniejszym, najdłuższym okresie znanym sztuce dominował Bóg. Średniowiecze jest mdłe, pełne modlitw, zakłamania, ślepego ufania Bogu, braku higieny, smrodu, zatęchłego powietrza i śmierci. Wspomnieć można o Tristanie i Izoldzie, ale tylko wspomnieć, nie jest to, moim zdaniem, wybitne dzieło. Godna uwagi jest Boska Komedia Dantego - powstała nawet gra i film animowany. Sam fragment o kręgach piekła jest dość interesujący i na pewno się przyda do opisywania motywów piekła na maturze.

Warto wspomnieć o renesansie, rozwoju nauki, Szekspirze i Da Vincim. Szekspir, mimo że pisał raczej nielubiane przez uczniów sztuki, prezentował w swoich dziełach złożoność charakterów, dylematy, intrygi na dworze królewskim (dobra, chodzi mi tylko o Makbeta i Hamleta, Romeo i Julia to takie niewydarzone romansidło sprzed 600 lat dla kobiet).

W baroku dominował raczej kult malarstwa i nadworne pisarstwo.

W polskim oświeceniu dominowały bajki Krasickiego, sympatyczne i zabawna Monachomachia opisująca mnichów, którzy znudzeni życiem w klasztorze wszczęli wojnę i obrzucają się klapkami.

Natomiast romantyzm to piekło dla ucznia - wieczny ból dupy Mickiewicza potrafił sprawić, że pod wpływem placebo i ja musiałam zażywać leki na hemoroidy. Dziady cz. II można zdzierżyć, bo traktuje o tym, co powinno się za życia zrobić, by go nie zmarnować i nie żałować, cz. IV o zakochanym głupcu-samobójcy, no i wisienka na torcie, czyli cz. III. Ciężko się czyta, to fakt, przynajmniej dla osoby, która nie rozumie utworów wierszowanych, ale to TRZEBA znać, by móc narzekać :) Jest tam zawarta myśl o całym okresie rozbiorów, traktowaniu Polaków i Rosjan przez cara, ukazanie biało-czarnych stron, gdzie tą białą jesteśmy my, Polacy, którzy są męczennikami i swoim cierpieniem odkupią Polskę, a Szatanem jest car - to tak w skrócie. Sytuacja polityczna, historia, hierarchia, donosicielstwo, brak skrupułów - to wszystko tam jest tylko pod grubą warstwą górnolotnego słownictwa i nic nieznaczących frazesów.
Oczywiście romantyzm to nie tylko Dziady. Bardzo miłą odmianą jest Pan Tadeusz - doceniłam dopiero za drugim podejściem - zabawne i głupawe, o szlachcie i jej zwyczajach. Drugi wieszcz narodowy - Słowacki, w odpowiedzi na Dziady cz. III napisał Kordiana z nieco innym podejściem do sprawy męczennictwa. Ten sam czas, te same realia, podobne problemy jednostki - tyle że Słowacki toleruje prometeizm, czyli poświęcenie się jednostki dla dobra ogółu. Poza tym znana wszystkim z gimnazjum Balladyna i Zemsta Olka Fredry. Zapewne z epoki preromantyzmu znienawidzicie Goethego i jego Cierpienia młodego Wertera z weltschmerzem na czele - o zakochanym głąbie, który nie mógł przeboleć faktu, iż jego luba wychodzi za mąż za innego i z tego powodu popełnia samobójstwo. Tytułowy Werter jest tak irytującym, głupim, zadufanym i ograniczonym człowiekiem, że czytając to możecie tylko podnieść sobie ciśnienie, więc nie polecam.
Szanowny Wokulski z Lalki

Zostawiając za sobą tą pełną sprzeczności epokę romantyzmu wchodzimy w jedną z tych lepszych, czyli w pozytywizm, a w nim króluje Bolesław Prus i jego Lalka. Gruba, bo gruba, ale zawiera tyle motywów - oczywiście nieszczęśliwą miłość, bohatera romantycznego pozytywistę, praca u podstaw, praca organiczna, hierarchia społeczna, miasto, portret kobiety, nauka i wiele innych. Ciekawa jest też narracja, bo w Lalce występują wszystkie - pierwszoosobowa, trzecioosobowa wszechwiedząca i trzecioosobowa personalna (w Wiedźminie też one występują). Na uwagę zasługuje też Zbrodnia i kara Dostojewskiego - o poczuciu winy po dokonanej zbrodni. Na razie najlepiej napisana książka, jaką kiedykolwiek czytałam.

Młoda Polska (modernizm) to głównie poezja Kazimierza Przerwy-Tetmajera, Leopolda Staffa i Jana Kasprowicza. Poznacie też Żeromskiego i bardzo dobre Przedwiośnie - o rewolucji, jej skutkach i zmianach zachodzących w głównym bohaterze na przestrzeni kilku lat. Wesele Wyspiańskiego należy poznać ze względu na bogatą symbolikę, znowu walkę o wolność, ale tym razem nie bierną, Wyspiański bowiem karci marazm i popiera działania. Joseph Conrad napisał niezłą historię psychologiczną Jądro ciemności, która demaskuje najgorsze świństwa, jakie wychodzą z człowieka w obliczu zagrożenia lub też stania się władcą. O pracy niewolniczej, nietzscheanizmie i o traktowaniu zwierząt lepiej niż ludzi.

W dwudziestoleciu międzywojennym tworzył bardzo ciekawy człowiek, Witold Gombrowicz, przeciwnik romantyzmu i przyjaciel maturzystów - jego eseje bardzo dobrze się czyta. Ferdydurke to jedna z tych lektur, których po przeczytaniu nie zrozumiesz, dopóki nauczycielka nie wytłumaczy na lekcji. O zinfantylnieniu, na sile wprowadzonej nowoczesności i niekiedy zwierzęcych zachowaniach ludzi. Bardzo dziwna. Bardzo. Inne warte uwagi to Mistrz i Małgorzata - o tym, że cenzura słowa może doprowadzić do zlotu czarownic, Proces o zagubieniu w urzędach (nie, tym razem nie polskich).

Wojenna literatura to głównie wiersze, później wyznania i zeznania, reportaże - Zdążyć przed Panem Bogiem - o wojnie, zachowaniach ludzi podczas wojny, tragicznych wydarzeniach, szokujących wyborach i o moralności. Medaliony - zbiór wojennych opowiadań Zofii Nałkowskiej.
Współczesna literatura warta uwagi to niekwestionowanie Folwark zwierzęcy Orwella - o totalitaryzmie i wyzysku, no i Dżuma Alberta Camusa, parabola o rozprzestrzenianiu się zła podczas epidemii (jak epidemia).

Łuhu, to by było na tyle, chyba trochę przesadziłam z tym postem, ale naprawdę zwięźle chciałam udowodnić, że lektury to (z reguły) starannie dobrane światowej klasy dzieła (nie jakieś zmierzchy), które reprezentują sobą wysoki poziom językowy, kształcą gusta czytelnika, a przede wszystkim wprowadzają do epoki i swoistego klimatu, uświadamiają, że niemożność znalezienia sobie chłopaka jest śmiesznym nastoletnim problemem poruszanym w śmiesznych nastoletnich książkach, a prawdziwe problemy i dylematy są czasami niewyobrażalne.




niedziela, 16 sierpnia 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #10 | Stary Harry...

Zwykle odgrzewanie kotleta po raz enty skutkuje niestrawnością i niezdolnością do dalszej konsumpcji - pojawiają się odruchy wymiotne, drgawki i piana z usta. Jest jednak pewien rodzaj kotleta, który można odgrzewać w nieskończoność, nie nudzi się, ba, pojawiają się coraz to nowe skojarzenia i przyzwyczajamy się do tego smaku, który z czasem zaczyna kojarzyć się z utraconymi latami, pewną nostalgią, mimowolnym uśmiechem na ustach. Mowa oczywiście o sadze Harry Potter.
Każdy pozna tą czcionkę : >

Dla jednych totalna dziecinada, dla innych kwintesencja dzieciństwa, tych dobrych lat 90'. Nie wiem jak Wy, ale ja robię sobie, co mniej więcej 2-3 lata, odświeżenie pamięci i poświęcam cały tydzień wakacji na ponowne przeczytanie sagi - parę dni temu skończyłam ostatnią część trzeci raz i, pomimo moich prawie 20 lat na karku, cały czas świetnie się bawię przy tej pozycji, a siedzę w tym uniwersum po uszy już ponad 10 lat. Nie wiem, czy to przez to, że saga jest świetna i wdarła się w ten kanon, stała się niedoścignionym wzorcem, czy przez głupi sentyment, którego mam w sobie aż nadto.
Czy tylko ja wolę to...
...od tego?

Nie chciałabym potraktować mojego ulubionego uniwersum po macoszemu, więc, myślę, że rozmyślania i rozważania podzielę na kilka część, w najlepszym przypadku na 2 - dziecięce i beztroskie, rzecz by można, lata i te cięższe, zakrapiane już krwią bohaterów.

Pamiętam, sposób w jaki nabyłam pierwszą część. To było w podupadającym już grudziądzkim Realu (tym markecie). Kamień filozoficzny w miękkiej okładce dodawany był do dwupaku CocaColi. To były te lata, jak filmy HP trafiały na polskie ekrany i pierwsze dwie części były dość popularne. Miałam je nagrane na kasetach VHS i to jeszcze z reklamami TVN. Zawsze po powrocie ze szkoły, dzień w dzień, oglądałam je naprzemiennie. Bywały dni, że miałam na 10 do szkoły, to wstawałam rano i miałam seans przed szkołą. Dialogi znałam na pamięć, chodząc w przerwach do kibelka wymachiwałam palcem krzycząc Wingardium leviosa!, ale niestety, srajtaśma nie chciała unieść się w powietrze. Cóż, pewnie nie tylko ja próbowałam przywołać pilota... W każdym razie, w tamtych czasach, to było coś nowego, fascynującego. Magicznego. Długo uważałam Komnatę Tajemnic za najlepszą, a to z powodu występującego tam gada, tajemniczych petryfikacji, wkurzającego Zgredka i ogólnego mroku panującego w tej części. Nigdy nie mogłam docenić Więźnia Azkabanu, niesamowitego przerywnika między walką Harry'ego z Voldim. Teraz widzę, że ta część, z pozoru nic niewnosząca, poszerza naszą wiedzę o rodowód Harry'ego, magiczne stworzenia, zmieniacze czasu, co jest bardzo delikatną sprawą, przenoszenie się do przeszłości - można bardzo szybko zagubić się w takich motywach, lecz Rowling wyszła z tego bez szwanku - nie wiem, jak ona to robi, ale coś, co jest na pograniczu nielogiczności wytłumaczy w mniej lub bardziej spójny sposób.

Te części są idealne dla 9-10 latków, oczywiście takich, które nie przestraszą się na widok trzystustronnicowego "tomiszcza". Rowling pisze w sposób prosty, niewymagający, lecz dobiera słowa w taki sposób, że możemy bez zbędnych, ciężkich tolkienowskich opisów wszystko sobie wyobrazić, wyczuć, poczuć się, jakby to Hogwart faktycznie był naszym domem :)
Aż się łezka w oku kręci :3

Cóż, na początku koncepcja tego posta wyglądała inaczej, ale co można nowego powiedzieć o tak nam dobrze znanych trzech pierwszych częściach HP - przecież nie będę pisała recenzji... To była taka luźna pogadanka o tym, co kocham od ponad 10 lat, jestem starym koniem, a wciąż patrzę bezkrytycznym okiem na HP. Teraz czytałam, aby doszukać się jakichś luk, dziur fabularnych, ale w książce ich nie zauważyłam. Więc... Nox!

sobota, 8 sierpnia 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #9 | Loven Lofoten

Jako że ostatnio bardzo dużo podróżuję, głównie od pokoju do lodówki, postanowiłam wybrać się na trochę dłuższą wyprawę, a mianowicie do Norwegii na Lofoty. To pierdyliard małych, skalistych wysepek wyłaniających się z mórz, oddzielonych przez jeziora, rzeczki, stawy, kałuże, wodospady i wodospadziki. Trafiłam akurat na jasne noce, czyli na ten półroczny okres, kiedy dzień jest dłuższy od nocy albo całkowicie go eliminuje. Tata odebrał nas (mnie i moją mamę) z lotniska Evenes o 22, a do Svolvar, w którym mieszka mój ojciec, jedzie się jeszcze małe 2-3 godzinki. O tej porze roku laik nie jest w stanie odróżnić dnia od nocy. Kiedy dotarliśmy na miejsce o około 1 w nocy (czas taki sam jak w Polsce), słońce dawało czadu po oczach i śmiało można by było się opalać.

To, bodajże, główna ulica w Svolvar.


Wracając do lofotowej drogi. Widoki są po prostu niesamowite. Jeziora, góry, słońce nieśmiało wyglądające zza wzniesień. Często przejeżdża się tunelami, jeden jest nawet po wodą! Na poboczach renifery i łosie. Jest to klimat umiarkowany chłodny, więc wszystkie roślinki, które u nas kwitną w kwietniu, tam zaczynają dopiero pod koniec czerwca/na początku lipca. Poznać to można po moim czerwonym nochalu i po gilach wdzięcznie cieknących z nosa. 

Ten placyk pełni funkcję ryneczku - jest tu jedzonko, pamiątki, ale strasznie drogie, więc nie opłaca się kupować. Jest to też istna Wieża Babel - można tu spotkać tak wiele narodowości - od Niemców, którzy są tu już normalnością, po Chińczyków.


Sama miejscowość lub mieścina, jest niewielka. Zamieszkują ją nie więcej jak 5 tysięcy mieszkańców, z czego Norwega szukać ze świecą. Podczas pierwszego spaceru wypadały mi oczy ze zdziwienia, że jest tam tak dużo czarnych i brązowo-żółtych. Nawet nad nami mieszkali Rumuni. Polaków też niczego sobie - gdy poszłam kupić bilet do muzeum lodu, chciałam pochwalić się swoim angielskim i się produkowałam, pot ciekł mi strugami po skroniach, po czym okazało się, że pan sprzedawca to Polak... Poza tym, ludzie są bardzo mili, kulturalni, nie stresują się, żyją spokojnie, tak zwane 'no stress'. Mają, delikatnie powiedziawszy, wyjeb***. Polacy powinni się uczyć od Norwegów kultury na drodze, którzy zawsze, gdy tylko widzą zbliżającego się przechodnia do jezdni, zatrzymują się, cierpliwie czekają, nie wyzywają, nie próbują go przejechać, nie pokazują środkowych palców, tylko siedzą za kółkiem i się uśmiechają. Idąc górskim szlakiem, każdy Norweg pozdrawia cię serdecznie dźwięcznym 'hello' lub 'hi'. A co do gór, jeden szczyt został wdzięcznie przez Polaków nazwany Zębami Teściowej.

Sławne Zęby Teściowej.
Te ptaki mutanty są ze 3 razy większe od naszych bałtyckich mew. I robią z 3 razy więcej hałasu. I kup.

Norwedzy nie znali słowa "kradzież", dopóki nie zaczęli przyjmować obcokrajowców, w tym głównie Polaków, którzy nauczyli ich znaczenia tego wspaniale brzmiącego po polsku terminu. Pootwierane garaże i domostwa nocą i samotne rowery na chodnikach pozostawione daleko od domu to tylko kropelka w morzu norweskiego zaufania i niewinności. Oczywiście zaufaniem tym obdarzają tylko rodaków, a Polacy niezaprzeczalnie nie są traktowani jak rodacy. Było parę wydarzeń, których głównymi bohaterami byli właśnie Polacy nieznający zasad panujących w tym prostym kraju. A tu zaiwanili rower, bo myśleli, że ktoś go porzucił, a tu zawitali w czyimś garażu, bo w nim światło się paliło w nocy, a to oznaczało "bierz co chcesz".

Te czerwone klocki to domki letniskowe. Mają swoją nazwę, ale już nie pamiętam :D


Turystów na północy Norwegii poznasz od razu - podczas 14-sto stopniowych "upałów" Norwedzy wskakują w odzież letnią, często krótkie rękawki, spodenki, chodzą nad jezioro i się kąpią. Podczas spaceru ubrałam kurtkę zimową, a że piździło jak w Kieleckiem, przysłoniłam uszy kapturem i udawałam człowieka lodu. A obok mnie, norweskie dziecioki, skaczą z głazu do krystalicznie czystej wody. Pospiesznie zdjęłam kaptur.

Ta kręta droga prowadzi na szczyt góry, na który wtedy zmierzałam. 
To szczyt tej góry. Niestety, mój wrodzony lęk wysokości nie pozwolił mi na niego wejść, gdyż przejściem była kładka metr na metr, a pod nią urwisko. Więc stałam przed szczytem. Widoki przednie.


Odczuwalna temperatura zmienia się bardzo szybko, kiedy zajdzie słońce i wieje, momentalnie robi się -1000 stopni, natomiast gdy słoneczko wyjdzie zza chmur i przechodzi się między domami, gdzie wiatr nie dosięga, obciekasz potem, bo wcześniej założyłeś kurtkę zimową.

Gra o Tron VI: Lodowy Król


I to tyle, tego posta pisałam ponad miesiąc, nie mogłam wymęczyć ostatnich 2-3 akapitów, więc początkowy zamysł odszedł w niepamięć i nigdy nie wróci. Norwegia tylko dla morsów!

Najlepszą atrakcją było pójście do akwarium w Kabelvag. Nie mieli zbyt wielu okazów, ale samo to, że mogłam sobie pomacać jeżowce i rozgwiazdy, było milusie :3 Na zdjęciu flądra.


Ostatniego dnia pojechaliśmy na plażę. Oczywiście powstaje ona podczas odpływów - multum ludzi rozbija namioty na wielkich skałach i smażą się na nich jak na patelniach.