Science-fiction. Jedni uwielbiają, inni nienawidzą. Jeszcze inni dopiero zaczynają lubić i ja właśnie należę do tej grupy. Od jakiegoś czasu fascynują mnie różne wizje przyszłości naszego społeczeństwa, śledzenie ich rozwoju, przyczyn i skutków w różnych dziełach kultury. Zaczęło się niewinnie, i nie, nie od Obcego, ale od serialu Black Mirror, którego większość odcinków wgniata w fotel, zgniata mózg i nie rzadko powoduje pocenie się oczu. Potem już poleciało - genialny film Ex Machina Alexa Garlanda opowiadający o młodym naukowcu, który wygrał jakiś tam projekt (oglądałam dawno, a mam pamięć złotej rybki, wybaczcie) i w nagrodę miał spędzić czas z kreatorem bardzo zaawansowanej sztucznej inteligencji. Podobny motyw, ale jedynie epizodyczny, miał miejsce w grze fabularnej Detroit, która na 100% podbiła serca każdego fana motywu "ludzkiego androida". Dorzucić do tego należy A.I Sztuczną Inteligencję i mamy mieszankę wybuchową samych dobrych, poruszających, często wzruszających i na pewno dających do myślenia motywów człowieka i społeczeństwa za X lat. Moje poszukiwania trwały i zaprowadziły mnie do biblioteki do działu ksiąg zakazanych. Tam, pod wpływem chwili i sugerując się tytułem, wybrałam pierwszą dla mnie polską pozycję sci-fi Nowi Ludzie Rafała Kosika. I moje uczucia po lekturze nierównej prozy Kosika są raczej mieszane.
Pierwszy zawód nastąpił w chwili, gdy dowiedziałam się, że jest to zbiór opowiadań. Średnio przepadam za tą formą, ze względu na to, że często ciekawe motywy, funkcjonowanie światów i aspekt socjologiczny nie są na tyle dobrze i wyczerpująco opisane, że mogłabym czuć takie ciepełko w brzuszku jak po obiedzie u mamy.
Niestety. Pierwsze opowiadanie zatytułowane Trzy cyfry, tysiąc kombinacji jest jakąś marną próbą obudzenia w nas patriotyzmu. Z tego opowiadania aż wylewają się poglądy autora, które mniemam, są stricte prawicowe, co wyraża w swojej, nawet można powiedzieć, niechęci do głównego bohatera i całego "postapokaliptycznego" świata. Historia opowiada o mężczyźnie żyjącym w anarchicznym społeczeństwie, w Warszawie rządzonej przez bossa mafii, który mieszka sobie w Pałacu Kultury, a co, niech ma. Sam główny bohater jest jakimś specem od zabezpieczeń i wykonuje zlecenia dla wyżej wymienionego groźnego mafiozy. Polska, jako kraj, nie istnieje. Jest rozbita na takie małe państwa-miasta, typu Warszawa, Kraków, itp. Dostanie się z jednego do drugiego graniczy z cudem, sam nasz technik nazywa to "podróżą na Księżyc". Ale do rzeczy. Świat wygląda tak a nie inaczej po zamachach terrorystycznych tych złych, krwiożerczych muzułmanów, którym tylko dziewice w głowach. Autor, jak wyżej wspomniałam, nie oszczędza na przemyceniach swoich opinii do opisu świata przedstawionego, lecz już pozostawmy kwestie moralne i moje przemyślenia na ten temat. Historia nie trzyma się ni kupy ni dupy. Działania bohaterów w ogóle nieprzemyślane - chociażby akcja z przewozem walizki. Zapomniałam wspomnieć, że nasz bohater spółkuje sobie z córką ostatniego bohatera narodowego, jakiegoś tam Lewickiego (nie Prawackiego, hehe). I pewnego dnia przychodzą do nich do domu faceci w czerni i grzecznie proszą, przykładając pistolety do głowy, aby wybrali się do Krakowa, do tamtejszego "władcy", aby przekazać im arcyważną walizkę, przez którą może zmienić się bieg historii. No to nasi bohaterowie, "no okej, co począć, pojedziemy". I jadą. Sami. Czaicie, faceci w czerni, sługusy mafioza, przeżarci złem do szpiku kości, puszczają ich samych, aby zawieźli uberważną rzecz "na Księżyc". I to bohaterów nie zastanowiło? DLACZEGO. W każdym razie zakończenie historii jest tutaj mało ważne, ponieważ ogólnie cała nowelka jest... nudna. Do tego okraszona fatalnym językiem - zdania pojedyncze przeważają, interpunkcja bardzo dziwna - albo korektor słaby, albo zastosowali sobie jakieś nowe reguły gry, bo pierwszy raz się z tym spotykam. Historia 2/10.
Z każdą kolejną nowelką jest coraz lepiej, Partyline dziwne, stanik mi nie spadł, ale gdyby napisać w tym uniwersum całą, pełnoprawną powieść, mogłoby wyjść z tego coś dobrego, choć niekoniecznie oryginalnego. Resztę pomińmy, bo ten post nigdy się nie skończy.
W połowie tomu umieszczona jest właśnie tytułowa nowelka i to taka, która naprawdę mogła zaciekawić, do tego wpisuje się w krąg moich zainteresowań sci-fi, a mianowicie trochę o sztucznej inteligencji, ale bardzo dużo ciekawych obserwacji o skutkach współczesnych dążeń różnych grup społecznych do równouprawnienia. Tutaj już wchodzimy w grząski grunt, bowiem jestem świadoma tego, że każdy ma inny pogląd na ten temat, inną, własną definicję równości - nie tylko płci, ale ras, mniejszości, niepełnosprawności i innych dysfunkcji i "nienormalności". Ale znowu, zostawmy te przemyślenia na inny czas i post, bo myślę, że kiedyś należy swoje żale wylać. Wracając, walka różnych przedstawicieli grup społecznych o równość poskutkowała tym, że 1) mężczyźni mają prawie 0 praw, jeśli są przystojni, zdrowi i dobrze zbudowani, 2) jeśli istnieje jakaś grupa ludzi niepełnosprawnych, dajmy na to ludzi niezdolnych do przyswojenia przeszczepu, te są zakazane i reszta społeczeństwa nie może korzystać z tych dóbr techniki, 3) każda czynność seksualna mężczyzny i kobiety jest równoznaczna z molestowaniem, nieważne, że kobieta się zgodziła, 4) sport jest surowo zakazany, by nie dyskryminować osób, które są grube i nie mogą (lub nie chcą schudnąć), 5) posiadanie jakiegoś defektu lub choroby daje większe prawdopodobieństwo i możliwości w znalezieniu pracy. Te idiotyczne prawa mogłabym wymieniać naprawdę długo, ale może warto zaznaczyć już rys fabularny. Głównym bohaterem jest młody, zdrowy mężczyzna (najgorzej), imienia nie pamiętam. Żyje ze swoją kobietą, Natalią, która jest, jak na nasze standardy, despotyczna i dzisiaj może dzierżyć miano dominy, ale w czasie trwania akcji książki jest normalną, niezależną i równouprawnioną kobietą, także może dręczyć psychicznie swojego partnera i na każdym kroku grozić mu złożeniem pozwu a to za molestowanie seksualne, a to za molestowanie intelektualnie, ponieważ jest słabszą kobietą i ona może się tak bronić. Jako że nasz bohater jest życiowym przegrywem, bo urodził się zdrowy bez żadnych defektów, idzie do "oprawcy", czyli człowieka, który nielegalnie może mu wgrać jakąś chorobę lub defekt na czas nieokreślony, aby facet mógł w końcu znaleźć pracę. W wyniku pewnych zdarzeń, handlarz daje mu pudełko, które jest przyczyną późniejszych wydarzeń i początkiem końca tego modelu społeczeństwa. Nie będę zdradzać zakończenia, bo nie chcę spoilerować, ale uważam, że naprawdę, tego typu motyw zasługuje na pełną powieść.
Inne nowelki, które były warte uwagi, to Przeskok i Wielki Błękit, natomiast nie odczuwa się tego klimatu rodem z Piątego elementu i trochę z Seksmisji, który był mocno obecny w Nowych Ludziach. Myślę, że sięgnę jeszcze po prozę Rafała Kosika, ale w postaci powieści, bo autor ma naprawdę ciekawe pomysły i kilka wcześniej wspomnianych opowiadań w mniejszym lub większym stopniu daje do myślenia.
Mała sugestia dla powergraph - należałoby pomyśleć o zmianie korektora. Do usług.
Pierwszy zawód nastąpił w chwili, gdy dowiedziałam się, że jest to zbiór opowiadań. Średnio przepadam za tą formą, ze względu na to, że często ciekawe motywy, funkcjonowanie światów i aspekt socjologiczny nie są na tyle dobrze i wyczerpująco opisane, że mogłabym czuć takie ciepełko w brzuszku jak po obiedzie u mamy.
Niestety. Pierwsze opowiadanie zatytułowane Trzy cyfry, tysiąc kombinacji jest jakąś marną próbą obudzenia w nas patriotyzmu. Z tego opowiadania aż wylewają się poglądy autora, które mniemam, są stricte prawicowe, co wyraża w swojej, nawet można powiedzieć, niechęci do głównego bohatera i całego "postapokaliptycznego" świata. Historia opowiada o mężczyźnie żyjącym w anarchicznym społeczeństwie, w Warszawie rządzonej przez bossa mafii, który mieszka sobie w Pałacu Kultury, a co, niech ma. Sam główny bohater jest jakimś specem od zabezpieczeń i wykonuje zlecenia dla wyżej wymienionego groźnego mafiozy. Polska, jako kraj, nie istnieje. Jest rozbita na takie małe państwa-miasta, typu Warszawa, Kraków, itp. Dostanie się z jednego do drugiego graniczy z cudem, sam nasz technik nazywa to "podróżą na Księżyc". Ale do rzeczy. Świat wygląda tak a nie inaczej po zamachach terrorystycznych tych złych, krwiożerczych muzułmanów, którym tylko dziewice w głowach. Autor, jak wyżej wspomniałam, nie oszczędza na przemyceniach swoich opinii do opisu świata przedstawionego, lecz już pozostawmy kwestie moralne i moje przemyślenia na ten temat. Historia nie trzyma się ni kupy ni dupy. Działania bohaterów w ogóle nieprzemyślane - chociażby akcja z przewozem walizki. Zapomniałam wspomnieć, że nasz bohater spółkuje sobie z córką ostatniego bohatera narodowego, jakiegoś tam Lewickiego (nie Prawackiego, hehe). I pewnego dnia przychodzą do nich do domu faceci w czerni i grzecznie proszą, przykładając pistolety do głowy, aby wybrali się do Krakowa, do tamtejszego "władcy", aby przekazać im arcyważną walizkę, przez którą może zmienić się bieg historii. No to nasi bohaterowie, "no okej, co począć, pojedziemy". I jadą. Sami. Czaicie, faceci w czerni, sługusy mafioza, przeżarci złem do szpiku kości, puszczają ich samych, aby zawieźli uberważną rzecz "na Księżyc". I to bohaterów nie zastanowiło? DLACZEGO. W każdym razie zakończenie historii jest tutaj mało ważne, ponieważ ogólnie cała nowelka jest... nudna. Do tego okraszona fatalnym językiem - zdania pojedyncze przeważają, interpunkcja bardzo dziwna - albo korektor słaby, albo zastosowali sobie jakieś nowe reguły gry, bo pierwszy raz się z tym spotykam. Historia 2/10.
Z każdą kolejną nowelką jest coraz lepiej, Partyline dziwne, stanik mi nie spadł, ale gdyby napisać w tym uniwersum całą, pełnoprawną powieść, mogłoby wyjść z tego coś dobrego, choć niekoniecznie oryginalnego. Resztę pomińmy, bo ten post nigdy się nie skończy.
W połowie tomu umieszczona jest właśnie tytułowa nowelka i to taka, która naprawdę mogła zaciekawić, do tego wpisuje się w krąg moich zainteresowań sci-fi, a mianowicie trochę o sztucznej inteligencji, ale bardzo dużo ciekawych obserwacji o skutkach współczesnych dążeń różnych grup społecznych do równouprawnienia. Tutaj już wchodzimy w grząski grunt, bowiem jestem świadoma tego, że każdy ma inny pogląd na ten temat, inną, własną definicję równości - nie tylko płci, ale ras, mniejszości, niepełnosprawności i innych dysfunkcji i "nienormalności". Ale znowu, zostawmy te przemyślenia na inny czas i post, bo myślę, że kiedyś należy swoje żale wylać. Wracając, walka różnych przedstawicieli grup społecznych o równość poskutkowała tym, że 1) mężczyźni mają prawie 0 praw, jeśli są przystojni, zdrowi i dobrze zbudowani, 2) jeśli istnieje jakaś grupa ludzi niepełnosprawnych, dajmy na to ludzi niezdolnych do przyswojenia przeszczepu, te są zakazane i reszta społeczeństwa nie może korzystać z tych dóbr techniki, 3) każda czynność seksualna mężczyzny i kobiety jest równoznaczna z molestowaniem, nieważne, że kobieta się zgodziła, 4) sport jest surowo zakazany, by nie dyskryminować osób, które są grube i nie mogą (lub nie chcą schudnąć), 5) posiadanie jakiegoś defektu lub choroby daje większe prawdopodobieństwo i możliwości w znalezieniu pracy. Te idiotyczne prawa mogłabym wymieniać naprawdę długo, ale może warto zaznaczyć już rys fabularny. Głównym bohaterem jest młody, zdrowy mężczyzna (najgorzej), imienia nie pamiętam. Żyje ze swoją kobietą, Natalią, która jest, jak na nasze standardy, despotyczna i dzisiaj może dzierżyć miano dominy, ale w czasie trwania akcji książki jest normalną, niezależną i równouprawnioną kobietą, także może dręczyć psychicznie swojego partnera i na każdym kroku grozić mu złożeniem pozwu a to za molestowanie seksualne, a to za molestowanie intelektualnie, ponieważ jest słabszą kobietą i ona może się tak bronić. Jako że nasz bohater jest życiowym przegrywem, bo urodził się zdrowy bez żadnych defektów, idzie do "oprawcy", czyli człowieka, który nielegalnie może mu wgrać jakąś chorobę lub defekt na czas nieokreślony, aby facet mógł w końcu znaleźć pracę. W wyniku pewnych zdarzeń, handlarz daje mu pudełko, które jest przyczyną późniejszych wydarzeń i początkiem końca tego modelu społeczeństwa. Nie będę zdradzać zakończenia, bo nie chcę spoilerować, ale uważam, że naprawdę, tego typu motyw zasługuje na pełną powieść.
Inne nowelki, które były warte uwagi, to Przeskok i Wielki Błękit, natomiast nie odczuwa się tego klimatu rodem z Piątego elementu i trochę z Seksmisji, który był mocno obecny w Nowych Ludziach. Myślę, że sięgnę jeszcze po prozę Rafała Kosika, ale w postaci powieści, bo autor ma naprawdę ciekawe pomysły i kilka wcześniej wspomnianych opowiadań w mniejszym lub większym stopniu daje do myślenia.
Mała sugestia dla powergraph - należałoby pomyśleć o zmianie korektora. Do usług.























