poniedziałek, 21 września 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #11 | TWD. Zejście

Całkiem niedawno premierę w Polsce miała kolejna książka z uniwersum The Walking Dead - TWD.  Żywe trupy. Zejście. Powstała dzięki współpracy ojca współczesnych zombie - Roberta Kirkmana (tego pana chyba każdy zna) i Jaya Bonansingi, który to odpowiada za wcześniejszą trylogię o Gubernatorze. Nie czytałam jego poprzednich prac, Zejście jest moją pierwszą. Rzadko kiedy to robię, ale odradzam marnowanie pieniędzy na tą pozycję.



Po śmierci Gubernatora pieczę nad Woodbury trzyma Lilly. Daje się poznać jako kobieta zaradna, silna, pomysłowa i inteligentna (niestety, z tym ostatnim przymiotem to tylko pozory). Do miasteczka dociera bardzo religijna rodzina Dupree - małżeństwo Meredith i Calvin i ich troje dzieci, z których wyróżnia się najstarszy 12-letni syn Tommy. Mają lekkie obawy co do miasteczka, ale decydują się zostać. Po kilku dniach do miasteczka nadciąga horda. Atak zostaje odparty, ale nie mogę zdradzić jak, bo to popsułoby lekturę. I na tym mogłaby skończyć się przygoda w pierwszej części cyklu. Tak się jednak nie dzieje - do miasteczka ponownie dociera młody mężczyzna wysłany na zwiady (sam!) w poszukiwaniu lepszego domu dla swoich znajomych. Znajomymi okazują się kaznodzieja Jeremiah i jego wierni nazywający siebie Zielonoświątkowymi Sługami Bożymi. Oczywiście grupa ratunkowa Lilly wychodzi bez szwanku i oswobadza wiernych, którzy nieźle krwi napsują w jej małym raju...

Uwaga, spoilery! Czytasz na własną odpowiedzialność.

Tak mniej więcej przedstawia się fabuła. Nie jest jakaś wybitna, ale dałoby się znieść, gdyby nie parę "niuansów", które rażą w oczy bardziej wymagającego czytelnika.

Zacznijmy od fabuły i języka służącego do jej opisania.
W samej historii nie ma raczej nic zaskakującego i nowatorskiego, wieczne hordy, odpieranie ataków, rozkwit miasteczka i tak w kółko. Znowu pojawia się ten "nieoczekiwany" zwrot akcji, w którym "pozornie" dobry człowiek okazuje się początkiem katastrofy. Czyli byyyło, nawet w poprzedniej części. Całość oprawiona raczej w monotonne i powtarzające się opisy, szczególnie jeśli mamy na myśli te o zabijanych zombie. Nie wiem, czy to wina tłumacza, czy samego autora, ale czytanie raz po raz tych samych słów w tych samych sytuacjach... Nie, to nie przejdzie. Język wulgarny - jak najbardziej, w końcu to historia o ludziach na skraju wyginięcia, nędzy i rozpaczy, żyjących w skrajnych warunkach i w ciągłym strachu. Wulgaryzmy to chyba jedyny plus, ale nic nieznaczący w morzu minusów.

Tym morzem minusów okazują się bohaterowie. Nieprawdziwi, nieprzekonujący, głupi i naiwni. Pierwsza, najgorsza, ta, która sprowadziła klęskę na swoje miasteczko - Lilly. Jak wcześniej nadmieniłam, inteligencją to ona nie grzeszy (w tej drugiej części książki). Przeszła wiele, zdradę ze strony Gubernatora, jego tyrańskie rządy. Powinna wiedzieć, że władza w miasteczku to nie są żarty i nie powinno się jej powierzać byle komu, a w szczególności osobie, którą dopiero co poznała. Niestety, nie wykazała żadnych podejrzeń co do Jeremiaha (z wyjątkiem początku, ale one zostały szybko rozwiane, bardzo nienaturalnie) i po tygodniu lub dwóch ofiarowała mu władzę w miasteczku, ponieważ sama zakochana w Calvinie chciała bawić się z nim w szczęśliwy dom. Nie w tych czasach, moja droga. Poza tym, jako "przewodnicząca" miasteczka powinna wiedzieć, iż nowoprzybyłym nie dość, że nie można ufać, to jeszcze powinno się ich przeszukać i sprawdzić ich ekwipunek. Podczas apokalipsy zombie nie bawimy się w ochronę praw człowieka, ponieważ cały humanitaryzm legł w gruzach. Należy być bardzo, ale to bardzo ostrożnym. Lilly zapomniała, że nie wolno nikomu ufać.
Następny do golenia to Calvin. Stracił żonę (ups, spoiler), a po dniu już łypał zuchwale na Lilly. Taka cicha woda, tutaj niby gorliwy katolik, dekalogi, Biblia wkuta na blachę, a tam ten tegesy z inną kobietą. Można pokusić się o dogłębną psychoanalizę, doszukiwać się głębi w jego nieprawilnym zachowaniu - zachwianie emocjonalne po stracie żony, cała zombie apokalipsa (chociaż trwa ona kilka ładnych lat, powinien się przyzwyczaić - no właśnie, jak oni przetrwali mając tylko siebie?), próba poradzenia sobie z zapomnieniem zmarłej małżonki albo może był głodny seksu, a Meredith była na tyle chora i niestabilna w emocjach, że nie miała ochoty. Albo apokalipsa zombie to raczej nieodpowiedni czas na reprodukcję w niedogodnych warunkach. W każdym razie coś mi tu ohydnie śmierdzi, a mianowicie jest to niedokładnie zakreślona postać, nieprzemyślana, co poskutkowało daniem nam plastiku na tacy. Po prostu jej nie kupiłam.
Kluczową postacią jest Bob, starszy pan, alkoholik, który odstawił używki jakiś czas temu, chociaż co jakiś czas uzależnienie daje o sobie znać. I to w krytycznych momentach. Bob wie, czego chce i wie, jaki powinien być. Nie ufa nowoprzybyłym, ani nie darzy szczególną sympatią Calvina i jego rodziny, ani też raczej nie wzbudzają w nim podejrzeń. Większą uwagę poświęca Jeremiahowi, nie ukrywa tego, że nie lubi kaznodziei i że mu nie ufa. Ma pretensję do Lilly za to, że za bardzo pozwala pastuchowi panoszyć się w Woodbury (co jest smutną prawdą). Nie daje się nabrać na jego gierki, śledzi go, obserwuje, analizuje i w końcu przeszukuje jego prywatne rzeczy, w tym wielki plecak. Tym samym ratuje wielu mieszkańców wioski od śmierci. To całkowicie demaskuje Jeremiaha - przynajmniej w oczach Lilly. Bob to alegoria mądrości, doświadczenia i zdrowego rozsądku. Szkoda tylko, że jest w tym osamotniony, co nadaje niejakiej sztywności, sztuczności i patosu fabule - MĄDRY on i GŁUPIA reszta Woodbury, UŚWIADOMIONY on i ŚLEPA reszta Woodbury. Ostatni sprawiedliwy Bob.
Mówiłam o tym Jeremiahu, ale kim on tak właściwie jest? Jaki jest? Dobry czy zły? Oprawca czy ofiara? Na tle poprzednich postaci klecha jest ciekawie skonstruowany. To fanatyk i to przez duże F. Nikomu nie przeszkadza jego religijne pieprzenie w bambus, emanuje prostotą, dobrem, uczciwością, życzliwością. Tak, był życzliwy. Życzliwie chciał uwolnić swoich braci i siostry od zła doczesnego, które czyha za rogiem. Chciał dać im ukojenie w tych trudnych czasach, by nie musieli już walczyć, martwić się, bać. Zabijać. Dokładnie, chciał wymordować wszystkich mieszkańców Woodbury. Dla niego nie było to morderstwo, to było uwolnienie. Wierzył w to, co robił, nie miał złego zamiaru. I jak na fanatyka przystało zmuszał innych, by podzielili jego zdanie i los. Dlatego działał z ukrycia. Niezrozumiałe jest dla mnie wpuszczenie hordy zombie do miasteczka. Bezsensowne zmuszenie postaci do popełnienia nieprzemyślanego czynu tylko po to, by ruszyć fabułę dalej. Niedopuszczalne. Należy oczekiwać, że klecha wróci jako Mściciel, by się zemścić za pokrzyżowanie jego planów. Typowe.
Na wspomnienie zasługuje jeszcze najstarszy syn Calvina, Tommy. Dwanaście lat na karku, zachowuje się jak młodzieniec udający dorosłego. Rezolutny, twardo stąpający po ziemi. Za twardo. trochę przypomina późniejsze stadium Carla, tylko że Carl umie trzeźwo myśleć. A Tommy myśli, że umie. Jest przeciwny nadgorliwości religijnej rodziców, za co brawa się należą - wie, że modlitwa nie pomoże im żyć dalej. Opiekuje się młodszym rodzeństwem. Zabija... Zabił swojego ojca, bo przypuszczał, że ten zagraża Lilly i Bobowi (wynikła pewna sytuacja i nie chce mi się jej opisywać). Z jednej strony dobrze, ale nie wiedział, że Calvin powoli się poddaje, można było go przekonać. I tylko płacz na widok rozpapranej łepetyny jego ojca, z której mózg się wylewał? Nieprzekonujące.

Nie mam wprawy w krytyce, zwykle wszystko mi się podoba, ale zmarnowane pieniądze bolą. Książka nie mogła być dobra, Kirkman chyba przeczytał ją po premierze, pełno dziur fabularnych, naciągani i nieprawdziwi bohaterowie. Tylko typowi Bob i Jeremiah trzymają tę pozycję na nogach. Odradzam.

piątek, 11 września 2015

Jak zostać nieśmiertelnym #10 | Ach, te lektury...

Lektury. Odwieczny koszmar ucznia. Stare książki o starych czasach i starych ludziach. Co w tym dobrego? A no, jest, i to sporo.


Naszło mnie takie pragnienie, aby pomówić o lekturach, bo tęsknię za nimi :( Wiadomo, w podstawówce i gimnazjum zwykle się narzekało, w liceum mniej, ponieważ zaczęłam dostrzegać te dobre strony lektur, że jednak nie bez powodu są kanonem literatury i każą je czytać małym smrodom.. Teraz, gdy idę na studia na kierunek całkiem ścisły, nie będę miała już do czynienia z polskim i z literaturą (o ile czas pozwoli), a polski bardzo lubię. I możecie mi wierzyć albo nie, ale te niekiedy grube tomiszcza, napisane trudnym językiem, naszpikowane archaizmami lub neologizmami, z niekończącymi się opisami naprawdę są esencją wartości, poruszają trudne problemy, niekiedy aktualne i wtedy, i teraz. A oto zestawienie lektur ważnych, tych, które jako tako pamiętam (czyli podstawówkę ominę), głównie skupię się na podstawie programowej z liceum.

Kadr z filmu Quo Vadis

Wiem tylko, że niektóre podstawówki do spisu lektur dołączają pierwszą część Harry'ego Pottera :) I bardzo słusznie, bo jaka inna książka ma zachęcić młodych ludzi do czytania? No właśnie, teraz doszłam do wniosku, że celem lektur w podstawówce jest przede wszystkim wszczepienie miłości do książek. Te lektury mówią raczej o podstawowych wartościach jak szczera przyjaźń, miłość czy empatia. Są one raczej niewinne, mówiące o zabawie, komiczne - zaczytywałam się w Mateuszku Elviry Lindo, który wzorowany był na światowym bestsellerze Mikołajku. Za to które książki zdecydowanie nie nadają się dla dzieci z podstawówki, które coraz częściej nie wiedzą, czym jest książka? W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Do dzisiaj pamiętam negatywne wrażenia po tej lekturze, a czytałam wszystko, co mi w ręce wpadło. Zbyt długie opisy dosłownie odstraszają, zanudzają. Są lepszym środkiem nasennym niż Forsen. Poza tym Henryk Sienkiewicz zdąży dostatecznie zbrzydnąć w gimnazjum z powodu znienawidzonych powieści historycznych Krzyżaków Ogniem i mieczem. Na szczęście nie mogę się wypowiadać na ich temat, ponieważ pani polonistka z gimnazjum uraczyła nas Quo vadis i chwała jej za to. Szczerze, nie przepadam za językiem średniowieczno-renesansowo-barokowym. Natomiast akcja Quo vadis toczy się za czasów panowania Nerona, cesarza rzymskiego, krótko po śmierci Jezusa, jest o prześladowaniu ówczesnych chrześcijan, miłości przezwyciężającej różnice kulturowe i religijne i... o czymś tam jeszcze :) W każdym razie całkiem dobrze się czyta, język jest prosty, co nie skutkuje opadaniem głowy z przemęczenia.
Plakat filmowy Piekła Dantego - w 1/3 oddaje książkę

Dzieła antyczne Sokratesa - Król Edyp i Antygona są tymi, które trzeba znać. Poruszają wiele tematów tabu, których nie podejmowano w późniejszych okresach - głównie chodzi mi o morderstwa i kazirodztwo. Oczywiście z tych utworów można wyciągnąć całą esencję starożytności - Fatum i brak jakiegokolwiek wpływu na swój los, katharsis i niezamierzona wina. Kontrastujące postawy sióstr, model kobiety pewnej siebie, z charakterem i z jajami - bynajmniej nie chodzi o transseksualistów. W późniejszym, najdłuższym okresie znanym sztuce dominował Bóg. Średniowiecze jest mdłe, pełne modlitw, zakłamania, ślepego ufania Bogu, braku higieny, smrodu, zatęchłego powietrza i śmierci. Wspomnieć można o Tristanie i Izoldzie, ale tylko wspomnieć, nie jest to, moim zdaniem, wybitne dzieło. Godna uwagi jest Boska Komedia Dantego - powstała nawet gra i film animowany. Sam fragment o kręgach piekła jest dość interesujący i na pewno się przyda do opisywania motywów piekła na maturze.

Warto wspomnieć o renesansie, rozwoju nauki, Szekspirze i Da Vincim. Szekspir, mimo że pisał raczej nielubiane przez uczniów sztuki, prezentował w swoich dziełach złożoność charakterów, dylematy, intrygi na dworze królewskim (dobra, chodzi mi tylko o Makbeta i Hamleta, Romeo i Julia to takie niewydarzone romansidło sprzed 600 lat dla kobiet).

W baroku dominował raczej kult malarstwa i nadworne pisarstwo.

W polskim oświeceniu dominowały bajki Krasickiego, sympatyczne i zabawna Monachomachia opisująca mnichów, którzy znudzeni życiem w klasztorze wszczęli wojnę i obrzucają się klapkami.

Natomiast romantyzm to piekło dla ucznia - wieczny ból dupy Mickiewicza potrafił sprawić, że pod wpływem placebo i ja musiałam zażywać leki na hemoroidy. Dziady cz. II można zdzierżyć, bo traktuje o tym, co powinno się za życia zrobić, by go nie zmarnować i nie żałować, cz. IV o zakochanym głupcu-samobójcy, no i wisienka na torcie, czyli cz. III. Ciężko się czyta, to fakt, przynajmniej dla osoby, która nie rozumie utworów wierszowanych, ale to TRZEBA znać, by móc narzekać :) Jest tam zawarta myśl o całym okresie rozbiorów, traktowaniu Polaków i Rosjan przez cara, ukazanie biało-czarnych stron, gdzie tą białą jesteśmy my, Polacy, którzy są męczennikami i swoim cierpieniem odkupią Polskę, a Szatanem jest car - to tak w skrócie. Sytuacja polityczna, historia, hierarchia, donosicielstwo, brak skrupułów - to wszystko tam jest tylko pod grubą warstwą górnolotnego słownictwa i nic nieznaczących frazesów.
Oczywiście romantyzm to nie tylko Dziady. Bardzo miłą odmianą jest Pan Tadeusz - doceniłam dopiero za drugim podejściem - zabawne i głupawe, o szlachcie i jej zwyczajach. Drugi wieszcz narodowy - Słowacki, w odpowiedzi na Dziady cz. III napisał Kordiana z nieco innym podejściem do sprawy męczennictwa. Ten sam czas, te same realia, podobne problemy jednostki - tyle że Słowacki toleruje prometeizm, czyli poświęcenie się jednostki dla dobra ogółu. Poza tym znana wszystkim z gimnazjum Balladyna i Zemsta Olka Fredry. Zapewne z epoki preromantyzmu znienawidzicie Goethego i jego Cierpienia młodego Wertera z weltschmerzem na czele - o zakochanym głąbie, który nie mógł przeboleć faktu, iż jego luba wychodzi za mąż za innego i z tego powodu popełnia samobójstwo. Tytułowy Werter jest tak irytującym, głupim, zadufanym i ograniczonym człowiekiem, że czytając to możecie tylko podnieść sobie ciśnienie, więc nie polecam.
Szanowny Wokulski z Lalki

Zostawiając za sobą tą pełną sprzeczności epokę romantyzmu wchodzimy w jedną z tych lepszych, czyli w pozytywizm, a w nim króluje Bolesław Prus i jego Lalka. Gruba, bo gruba, ale zawiera tyle motywów - oczywiście nieszczęśliwą miłość, bohatera romantycznego pozytywistę, praca u podstaw, praca organiczna, hierarchia społeczna, miasto, portret kobiety, nauka i wiele innych. Ciekawa jest też narracja, bo w Lalce występują wszystkie - pierwszoosobowa, trzecioosobowa wszechwiedząca i trzecioosobowa personalna (w Wiedźminie też one występują). Na uwagę zasługuje też Zbrodnia i kara Dostojewskiego - o poczuciu winy po dokonanej zbrodni. Na razie najlepiej napisana książka, jaką kiedykolwiek czytałam.

Młoda Polska (modernizm) to głównie poezja Kazimierza Przerwy-Tetmajera, Leopolda Staffa i Jana Kasprowicza. Poznacie też Żeromskiego i bardzo dobre Przedwiośnie - o rewolucji, jej skutkach i zmianach zachodzących w głównym bohaterze na przestrzeni kilku lat. Wesele Wyspiańskiego należy poznać ze względu na bogatą symbolikę, znowu walkę o wolność, ale tym razem nie bierną, Wyspiański bowiem karci marazm i popiera działania. Joseph Conrad napisał niezłą historię psychologiczną Jądro ciemności, która demaskuje najgorsze świństwa, jakie wychodzą z człowieka w obliczu zagrożenia lub też stania się władcą. O pracy niewolniczej, nietzscheanizmie i o traktowaniu zwierząt lepiej niż ludzi.

W dwudziestoleciu międzywojennym tworzył bardzo ciekawy człowiek, Witold Gombrowicz, przeciwnik romantyzmu i przyjaciel maturzystów - jego eseje bardzo dobrze się czyta. Ferdydurke to jedna z tych lektur, których po przeczytaniu nie zrozumiesz, dopóki nauczycielka nie wytłumaczy na lekcji. O zinfantylnieniu, na sile wprowadzonej nowoczesności i niekiedy zwierzęcych zachowaniach ludzi. Bardzo dziwna. Bardzo. Inne warte uwagi to Mistrz i Małgorzata - o tym, że cenzura słowa może doprowadzić do zlotu czarownic, Proces o zagubieniu w urzędach (nie, tym razem nie polskich).

Wojenna literatura to głównie wiersze, później wyznania i zeznania, reportaże - Zdążyć przed Panem Bogiem - o wojnie, zachowaniach ludzi podczas wojny, tragicznych wydarzeniach, szokujących wyborach i o moralności. Medaliony - zbiór wojennych opowiadań Zofii Nałkowskiej.
Współczesna literatura warta uwagi to niekwestionowanie Folwark zwierzęcy Orwella - o totalitaryzmie i wyzysku, no i Dżuma Alberta Camusa, parabola o rozprzestrzenianiu się zła podczas epidemii (jak epidemia).

Łuhu, to by było na tyle, chyba trochę przesadziłam z tym postem, ale naprawdę zwięźle chciałam udowodnić, że lektury to (z reguły) starannie dobrane światowej klasy dzieła (nie jakieś zmierzchy), które reprezentują sobą wysoki poziom językowy, kształcą gusta czytelnika, a przede wszystkim wprowadzają do epoki i swoistego klimatu, uświadamiają, że niemożność znalezienia sobie chłopaka jest śmiesznym nastoletnim problemem poruszanym w śmiesznych nastoletnich książkach, a prawdziwe problemy i dylematy są czasami niewyobrażalne.