Całkiem niedawno premierę w Polsce miała kolejna książka z uniwersum The Walking Dead - TWD. Żywe trupy. Zejście. Powstała dzięki współpracy ojca współczesnych zombie - Roberta Kirkmana (tego pana chyba każdy zna) i Jaya Bonansingi, który to odpowiada za wcześniejszą trylogię o Gubernatorze. Nie czytałam jego poprzednich prac, Zejście jest moją pierwszą. Rzadko kiedy to robię, ale odradzam marnowanie pieniędzy na tą pozycję.
Po śmierci Gubernatora pieczę nad Woodbury trzyma Lilly. Daje się poznać jako kobieta zaradna, silna, pomysłowa i inteligentna (niestety, z tym ostatnim przymiotem to tylko pozory). Do miasteczka dociera bardzo religijna rodzina Dupree - małżeństwo Meredith i Calvin i ich troje dzieci, z których wyróżnia się najstarszy 12-letni syn Tommy. Mają lekkie obawy co do miasteczka, ale decydują się zostać. Po kilku dniach do miasteczka nadciąga horda. Atak zostaje odparty, ale nie mogę zdradzić jak, bo to popsułoby lekturę. I na tym mogłaby skończyć się przygoda w pierwszej części cyklu. Tak się jednak nie dzieje - do miasteczka ponownie dociera młody mężczyzna wysłany na zwiady (sam!) w poszukiwaniu lepszego domu dla swoich znajomych. Znajomymi okazują się kaznodzieja Jeremiah i jego wierni nazywający siebie Zielonoświątkowymi Sługami Bożymi. Oczywiście grupa ratunkowa Lilly wychodzi bez szwanku i oswobadza wiernych, którzy nieźle krwi napsują w jej małym raju...
Uwaga, spoilery! Czytasz na własną odpowiedzialność.
Tak mniej więcej przedstawia się fabuła. Nie jest jakaś wybitna, ale dałoby się znieść, gdyby nie parę "niuansów", które rażą w oczy bardziej wymagającego czytelnika.
Zacznijmy od fabuły i języka służącego do jej opisania.
W samej historii nie ma raczej nic zaskakującego i nowatorskiego, wieczne hordy, odpieranie ataków, rozkwit miasteczka i tak w kółko. Znowu pojawia się ten "nieoczekiwany" zwrot akcji, w którym "pozornie" dobry człowiek okazuje się początkiem katastrofy. Czyli byyyło, nawet w poprzedniej części. Całość oprawiona raczej w monotonne i powtarzające się opisy, szczególnie jeśli mamy na myśli te o zabijanych zombie. Nie wiem, czy to wina tłumacza, czy samego autora, ale czytanie raz po raz tych samych słów w tych samych sytuacjach... Nie, to nie przejdzie. Język wulgarny - jak najbardziej, w końcu to historia o ludziach na skraju wyginięcia, nędzy i rozpaczy, żyjących w skrajnych warunkach i w ciągłym strachu. Wulgaryzmy to chyba jedyny plus, ale nic nieznaczący w morzu minusów.
Tym morzem minusów okazują się bohaterowie. Nieprawdziwi, nieprzekonujący, głupi i naiwni. Pierwsza, najgorsza, ta, która sprowadziła klęskę na swoje miasteczko - Lilly. Jak wcześniej nadmieniłam, inteligencją to ona nie grzeszy (w tej drugiej części książki). Przeszła wiele, zdradę ze strony Gubernatora, jego tyrańskie rządy. Powinna wiedzieć, że władza w miasteczku to nie są żarty i nie powinno się jej powierzać byle komu, a w szczególności osobie, którą dopiero co poznała. Niestety, nie wykazała żadnych podejrzeń co do Jeremiaha (z wyjątkiem początku, ale one zostały szybko rozwiane, bardzo nienaturalnie) i po tygodniu lub dwóch ofiarowała mu władzę w miasteczku, ponieważ sama zakochana w Calvinie chciała bawić się z nim w szczęśliwy dom. Nie w tych czasach, moja droga. Poza tym, jako "przewodnicząca" miasteczka powinna wiedzieć, iż nowoprzybyłym nie dość, że nie można ufać, to jeszcze powinno się ich przeszukać i sprawdzić ich ekwipunek. Podczas apokalipsy zombie nie bawimy się w ochronę praw człowieka, ponieważ cały humanitaryzm legł w gruzach. Należy być bardzo, ale to bardzo ostrożnym. Lilly zapomniała, że nie wolno nikomu ufać.
Następny do golenia to Calvin. Stracił żonę (ups, spoiler), a po dniu już łypał zuchwale na Lilly. Taka cicha woda, tutaj niby gorliwy katolik, dekalogi, Biblia wkuta na blachę, a tam ten tegesy z inną kobietą. Można pokusić się o dogłębną psychoanalizę, doszukiwać się głębi w jego nieprawilnym zachowaniu - zachwianie emocjonalne po stracie żony, cała zombie apokalipsa (chociaż trwa ona kilka ładnych lat, powinien się przyzwyczaić - no właśnie, jak oni przetrwali mając tylko siebie?), próba poradzenia sobie z zapomnieniem zmarłej małżonki albo może był głodny seksu, a Meredith była na tyle chora i niestabilna w emocjach, że nie miała ochoty. Albo apokalipsa zombie to raczej nieodpowiedni czas na reprodukcję w niedogodnych warunkach. W każdym razie coś mi tu ohydnie śmierdzi, a mianowicie jest to niedokładnie zakreślona postać, nieprzemyślana, co poskutkowało daniem nam plastiku na tacy. Po prostu jej nie kupiłam.
Kluczową postacią jest Bob, starszy pan, alkoholik, który odstawił używki jakiś czas temu, chociaż co jakiś czas uzależnienie daje o sobie znać. I to w krytycznych momentach. Bob wie, czego chce i wie, jaki powinien być. Nie ufa nowoprzybyłym, ani nie darzy szczególną sympatią Calvina i jego rodziny, ani też raczej nie wzbudzają w nim podejrzeń. Większą uwagę poświęca Jeremiahowi, nie ukrywa tego, że nie lubi kaznodziei i że mu nie ufa. Ma pretensję do Lilly za to, że za bardzo pozwala pastuchowi panoszyć się w Woodbury (co jest smutną prawdą). Nie daje się nabrać na jego gierki, śledzi go, obserwuje, analizuje i w końcu przeszukuje jego prywatne rzeczy, w tym wielki plecak. Tym samym ratuje wielu mieszkańców wioski od śmierci. To całkowicie demaskuje Jeremiaha - przynajmniej w oczach Lilly. Bob to alegoria mądrości, doświadczenia i zdrowego rozsądku. Szkoda tylko, że jest w tym osamotniony, co nadaje niejakiej sztywności, sztuczności i patosu fabule - MĄDRY on i GŁUPIA reszta Woodbury, UŚWIADOMIONY on i ŚLEPA reszta Woodbury. Ostatni sprawiedliwy Bob.
Mówiłam o tym Jeremiahu, ale kim on tak właściwie jest? Jaki jest? Dobry czy zły? Oprawca czy ofiara? Na tle poprzednich postaci klecha jest ciekawie skonstruowany. To fanatyk i to przez duże F. Nikomu nie przeszkadza jego religijne pieprzenie w bambus, emanuje prostotą, dobrem, uczciwością, życzliwością. Tak, był życzliwy. Życzliwie chciał uwolnić swoich braci i siostry od zła doczesnego, które czyha za rogiem. Chciał dać im ukojenie w tych trudnych czasach, by nie musieli już walczyć, martwić się, bać. Zabijać. Dokładnie, chciał wymordować wszystkich mieszkańców Woodbury. Dla niego nie było to morderstwo, to było uwolnienie. Wierzył w to, co robił, nie miał złego zamiaru. I jak na fanatyka przystało zmuszał innych, by podzielili jego zdanie i los. Dlatego działał z ukrycia. Niezrozumiałe jest dla mnie wpuszczenie hordy zombie do miasteczka. Bezsensowne zmuszenie postaci do popełnienia nieprzemyślanego czynu tylko po to, by ruszyć fabułę dalej. Niedopuszczalne. Należy oczekiwać, że klecha wróci jako Mściciel, by się zemścić za pokrzyżowanie jego planów. Typowe.
Na wspomnienie zasługuje jeszcze najstarszy syn Calvina, Tommy. Dwanaście lat na karku, zachowuje się jak młodzieniec udający dorosłego. Rezolutny, twardo stąpający po ziemi. Za twardo. trochę przypomina późniejsze stadium Carla, tylko że Carl umie trzeźwo myśleć. A Tommy myśli, że umie. Jest przeciwny nadgorliwości religijnej rodziców, za co brawa się należą - wie, że modlitwa nie pomoże im żyć dalej. Opiekuje się młodszym rodzeństwem. Zabija... Zabił swojego ojca, bo przypuszczał, że ten zagraża Lilly i Bobowi (wynikła pewna sytuacja i nie chce mi się jej opisywać). Z jednej strony dobrze, ale nie wiedział, że Calvin powoli się poddaje, można było go przekonać. I tylko płacz na widok rozpapranej łepetyny jego ojca, z której mózg się wylewał? Nieprzekonujące.
Nie mam wprawy w krytyce, zwykle wszystko mi się podoba, ale zmarnowane pieniądze bolą. Książka nie mogła być dobra, Kirkman chyba przeczytał ją po premierze, pełno dziur fabularnych, naciągani i nieprawdziwi bohaterowie. Tylko typowi Bob i Jeremiah trzymają tę pozycję na nogach. Odradzam.
Po śmierci Gubernatora pieczę nad Woodbury trzyma Lilly. Daje się poznać jako kobieta zaradna, silna, pomysłowa i inteligentna (niestety, z tym ostatnim przymiotem to tylko pozory). Do miasteczka dociera bardzo religijna rodzina Dupree - małżeństwo Meredith i Calvin i ich troje dzieci, z których wyróżnia się najstarszy 12-letni syn Tommy. Mają lekkie obawy co do miasteczka, ale decydują się zostać. Po kilku dniach do miasteczka nadciąga horda. Atak zostaje odparty, ale nie mogę zdradzić jak, bo to popsułoby lekturę. I na tym mogłaby skończyć się przygoda w pierwszej części cyklu. Tak się jednak nie dzieje - do miasteczka ponownie dociera młody mężczyzna wysłany na zwiady (sam!) w poszukiwaniu lepszego domu dla swoich znajomych. Znajomymi okazują się kaznodzieja Jeremiah i jego wierni nazywający siebie Zielonoświątkowymi Sługami Bożymi. Oczywiście grupa ratunkowa Lilly wychodzi bez szwanku i oswobadza wiernych, którzy nieźle krwi napsują w jej małym raju...
Uwaga, spoilery! Czytasz na własną odpowiedzialność.
Tak mniej więcej przedstawia się fabuła. Nie jest jakaś wybitna, ale dałoby się znieść, gdyby nie parę "niuansów", które rażą w oczy bardziej wymagającego czytelnika.
Zacznijmy od fabuły i języka służącego do jej opisania.
W samej historii nie ma raczej nic zaskakującego i nowatorskiego, wieczne hordy, odpieranie ataków, rozkwit miasteczka i tak w kółko. Znowu pojawia się ten "nieoczekiwany" zwrot akcji, w którym "pozornie" dobry człowiek okazuje się początkiem katastrofy. Czyli byyyło, nawet w poprzedniej części. Całość oprawiona raczej w monotonne i powtarzające się opisy, szczególnie jeśli mamy na myśli te o zabijanych zombie. Nie wiem, czy to wina tłumacza, czy samego autora, ale czytanie raz po raz tych samych słów w tych samych sytuacjach... Nie, to nie przejdzie. Język wulgarny - jak najbardziej, w końcu to historia o ludziach na skraju wyginięcia, nędzy i rozpaczy, żyjących w skrajnych warunkach i w ciągłym strachu. Wulgaryzmy to chyba jedyny plus, ale nic nieznaczący w morzu minusów.
Tym morzem minusów okazują się bohaterowie. Nieprawdziwi, nieprzekonujący, głupi i naiwni. Pierwsza, najgorsza, ta, która sprowadziła klęskę na swoje miasteczko - Lilly. Jak wcześniej nadmieniłam, inteligencją to ona nie grzeszy (w tej drugiej części książki). Przeszła wiele, zdradę ze strony Gubernatora, jego tyrańskie rządy. Powinna wiedzieć, że władza w miasteczku to nie są żarty i nie powinno się jej powierzać byle komu, a w szczególności osobie, którą dopiero co poznała. Niestety, nie wykazała żadnych podejrzeń co do Jeremiaha (z wyjątkiem początku, ale one zostały szybko rozwiane, bardzo nienaturalnie) i po tygodniu lub dwóch ofiarowała mu władzę w miasteczku, ponieważ sama zakochana w Calvinie chciała bawić się z nim w szczęśliwy dom. Nie w tych czasach, moja droga. Poza tym, jako "przewodnicząca" miasteczka powinna wiedzieć, iż nowoprzybyłym nie dość, że nie można ufać, to jeszcze powinno się ich przeszukać i sprawdzić ich ekwipunek. Podczas apokalipsy zombie nie bawimy się w ochronę praw człowieka, ponieważ cały humanitaryzm legł w gruzach. Należy być bardzo, ale to bardzo ostrożnym. Lilly zapomniała, że nie wolno nikomu ufać.
Następny do golenia to Calvin. Stracił żonę (ups, spoiler), a po dniu już łypał zuchwale na Lilly. Taka cicha woda, tutaj niby gorliwy katolik, dekalogi, Biblia wkuta na blachę, a tam ten tegesy z inną kobietą. Można pokusić się o dogłębną psychoanalizę, doszukiwać się głębi w jego nieprawilnym zachowaniu - zachwianie emocjonalne po stracie żony, cała zombie apokalipsa (chociaż trwa ona kilka ładnych lat, powinien się przyzwyczaić - no właśnie, jak oni przetrwali mając tylko siebie?), próba poradzenia sobie z zapomnieniem zmarłej małżonki albo może był głodny seksu, a Meredith była na tyle chora i niestabilna w emocjach, że nie miała ochoty. Albo apokalipsa zombie to raczej nieodpowiedni czas na reprodukcję w niedogodnych warunkach. W każdym razie coś mi tu ohydnie śmierdzi, a mianowicie jest to niedokładnie zakreślona postać, nieprzemyślana, co poskutkowało daniem nam plastiku na tacy. Po prostu jej nie kupiłam.
Kluczową postacią jest Bob, starszy pan, alkoholik, który odstawił używki jakiś czas temu, chociaż co jakiś czas uzależnienie daje o sobie znać. I to w krytycznych momentach. Bob wie, czego chce i wie, jaki powinien być. Nie ufa nowoprzybyłym, ani nie darzy szczególną sympatią Calvina i jego rodziny, ani też raczej nie wzbudzają w nim podejrzeń. Większą uwagę poświęca Jeremiahowi, nie ukrywa tego, że nie lubi kaznodziei i że mu nie ufa. Ma pretensję do Lilly za to, że za bardzo pozwala pastuchowi panoszyć się w Woodbury (co jest smutną prawdą). Nie daje się nabrać na jego gierki, śledzi go, obserwuje, analizuje i w końcu przeszukuje jego prywatne rzeczy, w tym wielki plecak. Tym samym ratuje wielu mieszkańców wioski od śmierci. To całkowicie demaskuje Jeremiaha - przynajmniej w oczach Lilly. Bob to alegoria mądrości, doświadczenia i zdrowego rozsądku. Szkoda tylko, że jest w tym osamotniony, co nadaje niejakiej sztywności, sztuczności i patosu fabule - MĄDRY on i GŁUPIA reszta Woodbury, UŚWIADOMIONY on i ŚLEPA reszta Woodbury. Ostatni sprawiedliwy Bob.
Mówiłam o tym Jeremiahu, ale kim on tak właściwie jest? Jaki jest? Dobry czy zły? Oprawca czy ofiara? Na tle poprzednich postaci klecha jest ciekawie skonstruowany. To fanatyk i to przez duże F. Nikomu nie przeszkadza jego religijne pieprzenie w bambus, emanuje prostotą, dobrem, uczciwością, życzliwością. Tak, był życzliwy. Życzliwie chciał uwolnić swoich braci i siostry od zła doczesnego, które czyha za rogiem. Chciał dać im ukojenie w tych trudnych czasach, by nie musieli już walczyć, martwić się, bać. Zabijać. Dokładnie, chciał wymordować wszystkich mieszkańców Woodbury. Dla niego nie było to morderstwo, to było uwolnienie. Wierzył w to, co robił, nie miał złego zamiaru. I jak na fanatyka przystało zmuszał innych, by podzielili jego zdanie i los. Dlatego działał z ukrycia. Niezrozumiałe jest dla mnie wpuszczenie hordy zombie do miasteczka. Bezsensowne zmuszenie postaci do popełnienia nieprzemyślanego czynu tylko po to, by ruszyć fabułę dalej. Niedopuszczalne. Należy oczekiwać, że klecha wróci jako Mściciel, by się zemścić za pokrzyżowanie jego planów. Typowe.
Na wspomnienie zasługuje jeszcze najstarszy syn Calvina, Tommy. Dwanaście lat na karku, zachowuje się jak młodzieniec udający dorosłego. Rezolutny, twardo stąpający po ziemi. Za twardo. trochę przypomina późniejsze stadium Carla, tylko że Carl umie trzeźwo myśleć. A Tommy myśli, że umie. Jest przeciwny nadgorliwości religijnej rodziców, za co brawa się należą - wie, że modlitwa nie pomoże im żyć dalej. Opiekuje się młodszym rodzeństwem. Zabija... Zabił swojego ojca, bo przypuszczał, że ten zagraża Lilly i Bobowi (wynikła pewna sytuacja i nie chce mi się jej opisywać). Z jednej strony dobrze, ale nie wiedział, że Calvin powoli się poddaje, można było go przekonać. I tylko płacz na widok rozpapranej łepetyny jego ojca, z której mózg się wylewał? Nieprzekonujące.
Nie mam wprawy w krytyce, zwykle wszystko mi się podoba, ale zmarnowane pieniądze bolą. Książka nie mogła być dobra, Kirkman chyba przeczytał ją po premierze, pełno dziur fabularnych, naciągani i nieprawdziwi bohaterowie. Tylko typowi Bob i Jeremiah trzymają tę pozycję na nogach. Odradzam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz