piątek, 30 września 2016

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #15 | Wymęczony Monster

W dobie wspaniałej, soczystej i nieskazitelnej kreski cieszącej oko, spójnym klatkowaniu, słabej fabuły, nudnych i monotonnych bohaterów, wzięłam się za Monstera, "staroć" z... 2004 roku (co? myślałam, że starszy co najmniej 10 lat). Uchodzi on za perełkę wśród tej starszej widowni, a jako że do najmłodszych osobników już nie należę, ochoczo zabrałam się za ten tytuł.

Dokta Tenma


Kenzou Tenma, wybitny neurochirurg, złote ręce i złoty umysł - cierpliwy, życzliwy, zawsze uśmiechnięty. Traktuje ludzi równo - co jest kluczowe w całym anime. Jest po prostu prawy, chodzący ideał. Pracuje w Niemczech, ma piękną narzeczoną, córkę dyrektora szpitala, w którym pracuje. Można by rzec - bajka. Nagle, pod wpływem jednej decyzji, według nas i niego - słusznej, jego utopia się rozpada. Do szpitala trafia chłopiec z raną postrzałową w głowę, wymaga natychmiastowej operacji. Kenzou, szykując się do operacji, dostał rozkaz zostawienia malca i uratowania burmistrza (bogacza). Doktor (no jest prawy, co nie?) sprzeciwia się rozkazowi dyrektora placówki (w tym przyszłego teścia) i ratuje chłopca, w wyniku czego zostaje pozbawiony swojej wysokiej pozycji w szpitalnej hierarchii, na dodatek zrywa z nim narzeczona (swoją drogą, niezła z niej siksa). Tenma przyjmuje wszystko na klatę, jest dobrze, dopóki może pomagać ludziom. Niestety, 9 lat później dochodzi do morderstwa jednego z pacjentów Tenmy, o które oczywiście Japończyk jest oskarżony. Szerloki od razu się domyślą, że mordercą jest ten chłopiec, którego Tenma uratował przed laty. Poszukiwany prze policję, doktor wyrusza za młodzieńcem, by naprawić swój błąd.

Bad boy


Cóż... brzmi skomplikowanie. Pomyślcie sobie, że to anime ma 74 odcinki. Niekiedy pędzi jak koń po westernie, a innym razem ciągnie się jak guma w gaciach. Właśnie dlatego Monstera oglądałam przeszło 2 lata - dopiero w ostatnim tygodniu spięłam poślady. Wczoraj, na świeżo po finale, miałam mieszane uczucia i ogólny mętlik w głowie - zakończenie jednocześnie było słabe i wyśmienite. Z wielkim przytupem na wyśmienite a delikatnym stąpnięciem motylka na słabe*. Spokojnie, na dzisiaj nie przewiduję spoilerów.

Fabuła... co powiedzieć, by za dużo nie powiedzieć... Wstrząsająca, straszliwa, zatrważająca, spójna i niemożliwie nieprawdopodobna. Tak, gdyby nie "zrządzenia losu", które były obecne niemal przy każdym spotkaniu bohaterów, czasami pomijanie pewnych wątków (nie wiem, jak w mandze), przez co widz się gubi i ma majndfak - skąd oni się znają? - można by było nazywać Monstera realistycznym i prawdopodobnym. Lecz takie baboczki można wybaczyć, przecież to tylko bajka. Do tego chińska.

Tenma to lekarz z powołania. Na początku wydaje się być cienkim Bolkiem, ale później daje się poznać z tej jeszcze lepszej, stanowczej wersji siebie. Do końca pozostał wierny swoim ideałom, musiał być człowiekiem o żelaznej myśli, bo po takich przejściach, wiecznym uciekaniem przed policją i nieprzerwanie towarzyszącym mu strachem powinien już w połowie historii zacząć się zmieniać. Nie jestem psychologiem, ale wydaje się, że tacy nieskazitelni ludzie nie istnieją. Autor kierował się realizmem, chciał wydobyć z człowieka prawdziwą naturę - jego celem było na pewno stworzenie postaci z krwi i kości, mających swoje słabości, wady jak i zalety. Szarość, brak bieli i czerni. W ogólnym rozrachunku udało mu się, tylko ten jeden Tenma mu nie wyszedł. Jest zbyt idealny.

To był fajny pan (zapomniałam imienia)


"Czarnym charakterem" jest Johan Liebert, czyli morderca bez skrupułów. Piekielnie inteligentny, wyprzedzał wszystkich o kilka kroków, bawił się nimi w reżysera i aktorów - on kreował cały świat, a inni tańczyli, jak im kazał. Niesamowity manipulant, przebiegły lis z umiejętnością zmiany głosu na kobiecy (if you know what I mean). 
Z drugiej strony chłopak z tragiczną, wręcz traumatyczną przeszłością, najsmutniejsza postać, jaką kiedykolwiek poznałam. Okazuje się, że nad reżyserem stoi jeszcze Bóg, który planuje życie reżysera na długo przed jego urodzeniem. 

Najczarniejszego a zarazem najszarniejszego (?) bohatera nie chcę demaskować, ponieważ pojawia się on w serialu dość późno. 

Muzyka klimatyczna, dominują raczej spokojne utwory - drugi ending mocno zapadł mi w pamięć, nostalgiczny, ciepły, ale i niepokojący.

Nie zgadzam się z negatywnymi opiniami na temat zakończenia jak i "odcienia" bohaterów. Uważam Monstera za naprawdę udaną psychologiczną produkcję. Bardzo trudny w odbiorze, często niezrozumiały, straszny i tragiczny. Takimi epitetami bym opisała Monstera. Nieliczne zgrzyty, takie jak słaby damski seiyuu... Wypominanie tego jest nie na miejscu. 

Jeśli chciałbyś poświęcić trochę czasu i nagłówkować się, a po całym seansie cicho oddać się refleksji na tydzień - zdecydowanie polecam.

*aby nie zdradzić zakończenia, nie mogę powiedzieć, co uważam za słabe, a co za wyśmienite, ale mogę napomknąć, że chodzi o wspomnianą czerń i biel

.......................................................................................................................................................
Monster soundtrack - Make it home




środa, 24 sierpnia 2016

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #14 | Tokyo ghoul

O matulu. Myślałam, że bezpowrotnie straciłam tego bloga - wchodziłam i w ogóle nie działał. Po co więc się trudzić i stwarzać nowego? Więc więcej tu nie zaglądałam. Lecz ostatnio coś mnie tknęło i chciałam powrócić do pisania, bo czuję, że tracę umiejętności... Miał to być post o książkach popularnonaukowych, ale się rozmyśliłam i po dłuższym wytężaniu mózgownicy postanowiłam wrócić do korzeni - do anime.

Trzeba przyznać, że maseczkę ma niczego sobie : >

Coś lekkiego i niewymagającego, czyli Tokyo Ghoul, z którego, prawdę powiedziawszy, pamiętam tylko genialny opening...

Jak już powszechnie wiadomo, marszczelce kochają wszelkiego rodzaju zombie, więc ciężko im ominąć nawet największy shit. Nie, pierwsza seria nie jest takim shitem, o ile oglądasz bez cenzury :>
Do rzeczy.
Anime opowiada historię zwykłego (a jakże) mężczyzny (czy Kaneki to już facet czy nastolatek?) Kanekiego Kena niepotrafiącego znaleźć sobie normalnej dziewczyny. Kiedy w końcu umawia się ze skromną okularnicą, równie nudną jak on, zakochuje się po uszy i już, gdy miało dojść do pierwszego pocałunku... ta odgryza mu połowę szyi. Tak, proszę państwa, zaskoczenie, kobitka była ghoulem, wybitnie brutalnym i rozsmakowanym w mięsie facetów. W każdym razie Kaneki ucieka, ona go goni, blablabla, on już na skraju śmierci, spadają na nich belki, ona umiera, a on ciężko ranny trafia do szpitala, gdzie lekarz przeszczepia mu (chyba) żołądek tejże ghoulki. I tak oto Kaneki staje się pół ghoulem, pół człowiekiem - nie może przyjmować normalnego pokarmu - może żywić się tylko ludzkim mięsem i... kawą.

Tak mniej więcej przedstawia się fabuła pierwszego odcinka pierwszej serii. Cóż, pomysł całkiem ciekawy, miło jest patrzeć, jak cichy i moralnie "prawy" Kaneki zostaje zmuszony do zasmakowania w ludzkim mięsie, jak broni się przed nową naturą, jak ciężko mu zaakceptować nowe życie, nowe otoczenie i "znajomych". Pierwsza seria (bo będę tu mówić i o tej drugiej) jest całkiem znośna - raczej fabuła trzyma się kupy, wydarzenia spójnie się przeplatają - ogólnie zarzutów nie mam (wybaczcie, postaci już średnio pamiętam). Niestety, dobra pierwsza seria przerodziła się w totalny bullshit w drugim sezonie... TOTALNIE NIE WIADOMO, O CHUJ CHODZI. Kaneki z jakichś wybujałych powodów staje się emo na 100 levelu, dostaje powerupy z dupy (wolałam, gdy był popychadłem w pierwszym sezonie, bo to było naturalniejsze i normalniejsze w jego sytuacji). Nieracjonalne zachowania policji, bohaterów - podczas napadu policji na tę kafejkę inne ghoule, zamiast pomóc, to się gapiły i komentowały, po co się tu zebrały. Szczerze, szkoda mi psuć klawiatury, komentując tę serię...

Tak, ten białasek to Kaneki po przemianie... Spójrzcie tylko na te emowskie oczęta... 


Tak, wyszłam z formy i jestem zawiedziona sama sobą, że nie potrafię już nic ładnego stworzyć. Chyba muszę częściej wylewać tu swoje żale, może mi się polepszy... W każdym razie, twórcy zafundowali nam papkę dla mózgu, zmarnowałam 5 godzin mojego życia. Po prostu nie.

P.S. Nie przyłożyłam się do pisania tego posta, przepraszam.

....................................................................................................................................................

TK - Unravel

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #13 | Grobowiec świetlików

Dawno mnie tu nie było... Cóż, nie będę się usprawiedliwiać, zwyczajnie zapomniałam o blogu : > Przypomniało mi się dopiero po obejrzeniu pewnego filmu, który wzbudził we mnie niemałe emocje, z którymi chciałam się z kimś podzielić. Jak się pewnie domyślasz, chodzi o Grobowiec świetlików (jp. Hotaru no haka). Film starszy, bo z 1988, oczywiście produkcja studia Ghibli, reżyserowany przez Isao Takahatę, twórcę Rodziny Yamadów (to taka japońska animowana wersja Klanu). Wracając do samego filmu, jest to dramat wojenny - czasy II wojny światowej pokazane z perspektywy, a jakże, Japończyków, znienawidzonych przez aliantów (tudzież przez polskich historyków). Z historią jestem na bakier, więc nie będę się już więcej poniżać udając mądralę, więc przejdę do opisu fabuły.



Głównymi bohaterami Grobowca świetlików jest rodzeństwo - 14-letni Seita i jego sporo młodsza siostra (na oko 5 lat). W nalocie na Kobe tracą dom i matkę, zostają sierotami. Przygarnia ich ciotka, siostra ich matki. Po pewnym czasie tymczasowa opiekunka zaczyna wypominać dzieciom, że są darmozjadami. Chłopak się obrusza i wyprowadza się wraz z siostrą od ciotki. Znajdują stare bunkry nad jeziorem i zamieszkują tam.

Tam mniej więcej zarysowuje się fabuła.
Film jest... bardzo delikatny. Subtelnie ukazuje mentalność Japończyków - mowa o stosunku obywateli, zwykłych wyjadaczy chleba, do kamikadze, o wadze własnego honoru i o ludzkich odruchach w czasie głodu i biedy.
Seita to całkiem mądry chłopak, ale jest zbyt młody, by sam zajmować się siostrą, by za nią odpowiadać, uważać na nią. Przerastało go to. W czasie pobytu u ciotki nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie pracując i żyjąc na jej utrzymaniu w końcu kobieta zacznie mu wypominać nieróbstwo - należy ją rozumieć, to były ciężkie czasy, czasy egoizmu i dbania tylko o siebie lub o swoją najbliższą rodzinę, jedzenie zdobywało się na zasadzie handlu wymiennego. Seita, zamiast próby znalezienia pracy, wolał wyprowadzić się od ciotki. Oczywiście po pewnym czasie siotra Seity, Setsuko, zaczyna poważnie chorować z niedożywienia - wysypka, biegunka, w końcu omamy. Przez połowę filmu obserwujemy powolną śmierć dziewczynki i bezskuteczne starania Seity dążące do wyleczenia Setsuko - początkowo sprzedaje wszystkie swoje rzeczy, wypłaca pieniądze z banku pozostawione przez rodziców, w końcu zaczyna kraść, najczęściej podczas nalotów, kiedy mieszkańcy skrywali się w schronach, chłopak biegał od domostwa do domostwa i okradał ich właścicieli. Niestety, to nie przynosi żadnych rezultatów i siostra Seity umiera.

Warto wspomnieć, że ojcem dzieciaków był dowódca (albo generał, nie znam się na tych stopniach wojskowych, w każdym razie ktoś ważny i poważany), więc przed wojną rodzina żyła całkiem dostatnio. Co za tym idzie, diametralna zmiana otoczenia i sytuacji finansowej powinna wpłynąć na zachowanie dzieci, a tu proszę, szybko zaadaptowały się do nowego życia. Wojna zmienia ludzi.



Ciekawym motywem przewijającym się przez cały film jest puszka landrynek, doza chwilowej słodyczy, odskoczni od codziennego życia. Początkowo pełna, z czasem, co oczywiste, staje się pusta - wtedy Seita wypłukuje puszkę wodą, by mała mogła napić się słodkiej wody. Ostatnim "etapem" tej sławnej puszki (może nie tyle co etapem, a obrazem) jest umierająca Setsuko ssąca kamień. Mała już nie kontaktowała.

Cała akcja w filmie to wspomnienia umierającego Seity. Widzimy go jako nędzarza na dworcu ściskającego puszkę landrynek, później spotyka się już z Setsuko, szczęśliwi, nieobecni.

Cóż, muszę przyznać, że film to prawdziwy wyciskacz łez - obraz samotnych dzieci tułających się w czasach wojny boli widza. Zmuszający do przemyśleń nawet kilka dni po seansie. Obowiązkowa pozycja.