W dobie wspaniałej, soczystej i nieskazitelnej kreski cieszącej oko, spójnym klatkowaniu, słabej fabuły, nudnych i monotonnych bohaterów, wzięłam się za Monstera, "staroć" z... 2004 roku (co? myślałam, że starszy co najmniej 10 lat). Uchodzi on za perełkę wśród tej starszej widowni, a jako że do najmłodszych osobników już nie należę, ochoczo zabrałam się za ten tytuł.
Kenzou Tenma, wybitny neurochirurg, złote ręce i złoty umysł - cierpliwy, życzliwy, zawsze uśmiechnięty. Traktuje ludzi równo - co jest kluczowe w całym anime. Jest po prostu prawy, chodzący ideał. Pracuje w Niemczech, ma piękną narzeczoną, córkę dyrektora szpitala, w którym pracuje. Można by rzec - bajka. Nagle, pod wpływem jednej decyzji, według nas i niego - słusznej, jego utopia się rozpada. Do szpitala trafia chłopiec z raną postrzałową w głowę, wymaga natychmiastowej operacji. Kenzou, szykując się do operacji, dostał rozkaz zostawienia malca i uratowania burmistrza (bogacza). Doktor (no jest prawy, co nie?) sprzeciwia się rozkazowi dyrektora placówki (w tym przyszłego teścia) i ratuje chłopca, w wyniku czego zostaje pozbawiony swojej wysokiej pozycji w szpitalnej hierarchii, na dodatek zrywa z nim narzeczona (swoją drogą, niezła z niej siksa). Tenma przyjmuje wszystko na klatę, jest dobrze, dopóki może pomagać ludziom. Niestety, 9 lat później dochodzi do morderstwa jednego z pacjentów Tenmy, o które oczywiście Japończyk jest oskarżony. Szerloki od razu się domyślą, że mordercą jest ten chłopiec, którego Tenma uratował przed laty. Poszukiwany prze policję, doktor wyrusza za młodzieńcem, by naprawić swój błąd.
Cóż... brzmi skomplikowanie. Pomyślcie sobie, że to anime ma 74 odcinki. Niekiedy pędzi jak koń po westernie, a innym razem ciągnie się jak guma w gaciach. Właśnie dlatego Monstera oglądałam przeszło 2 lata - dopiero w ostatnim tygodniu spięłam poślady. Wczoraj, na świeżo po finale, miałam mieszane uczucia i ogólny mętlik w głowie - zakończenie jednocześnie było słabe i wyśmienite. Z wielkim przytupem na wyśmienite a delikatnym stąpnięciem motylka na słabe*. Spokojnie, na dzisiaj nie przewiduję spoilerów.
![]() |
| Dokta Tenma |
Kenzou Tenma, wybitny neurochirurg, złote ręce i złoty umysł - cierpliwy, życzliwy, zawsze uśmiechnięty. Traktuje ludzi równo - co jest kluczowe w całym anime. Jest po prostu prawy, chodzący ideał. Pracuje w Niemczech, ma piękną narzeczoną, córkę dyrektora szpitala, w którym pracuje. Można by rzec - bajka. Nagle, pod wpływem jednej decyzji, według nas i niego - słusznej, jego utopia się rozpada. Do szpitala trafia chłopiec z raną postrzałową w głowę, wymaga natychmiastowej operacji. Kenzou, szykując się do operacji, dostał rozkaz zostawienia malca i uratowania burmistrza (bogacza). Doktor (no jest prawy, co nie?) sprzeciwia się rozkazowi dyrektora placówki (w tym przyszłego teścia) i ratuje chłopca, w wyniku czego zostaje pozbawiony swojej wysokiej pozycji w szpitalnej hierarchii, na dodatek zrywa z nim narzeczona (swoją drogą, niezła z niej siksa). Tenma przyjmuje wszystko na klatę, jest dobrze, dopóki może pomagać ludziom. Niestety, 9 lat później dochodzi do morderstwa jednego z pacjentów Tenmy, o które oczywiście Japończyk jest oskarżony. Szerloki od razu się domyślą, że mordercą jest ten chłopiec, którego Tenma uratował przed laty. Poszukiwany prze policję, doktor wyrusza za młodzieńcem, by naprawić swój błąd.
![]() |
| Bad boy |
Cóż... brzmi skomplikowanie. Pomyślcie sobie, że to anime ma 74 odcinki. Niekiedy pędzi jak koń po westernie, a innym razem ciągnie się jak guma w gaciach. Właśnie dlatego Monstera oglądałam przeszło 2 lata - dopiero w ostatnim tygodniu spięłam poślady. Wczoraj, na świeżo po finale, miałam mieszane uczucia i ogólny mętlik w głowie - zakończenie jednocześnie było słabe i wyśmienite. Z wielkim przytupem na wyśmienite a delikatnym stąpnięciem motylka na słabe*. Spokojnie, na dzisiaj nie przewiduję spoilerów.
Fabuła... co powiedzieć, by za dużo nie powiedzieć... Wstrząsająca, straszliwa, zatrważająca, spójna i niemożliwie nieprawdopodobna. Tak, gdyby nie "zrządzenia losu", które były obecne niemal przy każdym spotkaniu bohaterów, czasami pomijanie pewnych wątków (nie wiem, jak w mandze), przez co widz się gubi i ma majndfak - skąd oni się znają? - można by było nazywać Monstera realistycznym i prawdopodobnym. Lecz takie baboczki można wybaczyć, przecież to tylko bajka. Do tego chińska.
Tenma to lekarz z powołania. Na początku wydaje się być cienkim Bolkiem, ale później daje się poznać z tej jeszcze lepszej, stanowczej wersji siebie. Do końca pozostał wierny swoim ideałom, musiał być człowiekiem o żelaznej myśli, bo po takich przejściach, wiecznym uciekaniem przed policją i nieprzerwanie towarzyszącym mu strachem powinien już w połowie historii zacząć się zmieniać. Nie jestem psychologiem, ale wydaje się, że tacy nieskazitelni ludzie nie istnieją. Autor kierował się realizmem, chciał wydobyć z człowieka prawdziwą naturę - jego celem było na pewno stworzenie postaci z krwi i kości, mających swoje słabości, wady jak i zalety. Szarość, brak bieli i czerni. W ogólnym rozrachunku udało mu się, tylko ten jeden Tenma mu nie wyszedł. Jest zbyt idealny.
![]() |
| To był fajny pan (zapomniałam imienia) |
"Czarnym charakterem" jest Johan Liebert, czyli morderca bez skrupułów. Piekielnie inteligentny, wyprzedzał wszystkich o kilka kroków, bawił się nimi w reżysera i aktorów - on kreował cały świat, a inni tańczyli, jak im kazał. Niesamowity manipulant, przebiegły lis z umiejętnością zmiany głosu na kobiecy (if you know what I mean).
Z drugiej strony chłopak z tragiczną, wręcz traumatyczną przeszłością, najsmutniejsza postać, jaką kiedykolwiek poznałam. Okazuje się, że nad reżyserem stoi jeszcze Bóg, który planuje życie reżysera na długo przed jego urodzeniem.
Najczarniejszego a zarazem najszarniejszego (?) bohatera nie chcę demaskować, ponieważ pojawia się on w serialu dość późno.
Muzyka klimatyczna, dominują raczej spokojne utwory - drugi ending mocno zapadł mi w pamięć, nostalgiczny, ciepły, ale i niepokojący.
Nie zgadzam się z negatywnymi opiniami na temat zakończenia jak i "odcienia" bohaterów. Uważam Monstera za naprawdę udaną psychologiczną produkcję. Bardzo trudny w odbiorze, często niezrozumiały, straszny i tragiczny. Takimi epitetami bym opisała Monstera. Nieliczne zgrzyty, takie jak słaby damski seiyuu... Wypominanie tego jest nie na miejscu.
Jeśli chciałbyś poświęcić trochę czasu i nagłówkować się, a po całym seansie cicho oddać się refleksji na tydzień - zdecydowanie polecam.
*aby nie zdradzić zakończenia, nie mogę powiedzieć, co uważam za słabe, a co za wyśmienite, ale mogę napomknąć, że chodzi o wspomnianą czerń i biel
.......................................................................................................................................................
Monster soundtrack - Make it home






