niedziela, 11 października 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #12 | Przypadek Dextera

Zawsze uważałam, że książka jako pierwowzór jest lepsza od jej ekranizacji. I tak było, dopóki nie poznałam Dextera Morgana i jego niezwykłej historii. Pierwszy raz przeczytałam tę serię w wieku 13 lat i bardzo mi się spodobała - grzeczny psychopata i jego niewinne, wieczorne grzeszki plus coraz to bardziej psychopatyczni seryjni mordercy, okrutne i obrzydliwe zbrodnie zakrapiane czarnym humorem Dextera. Postanowiłam sobie odświeżyć pamięć i tak po prawie siedmiu latach znowu sięgnęłam po tę pozycję. Jakże inna była moja reakcja!

Oszczędność. To jedyne, co mi przychodzi na myśl, gdy myślę o języku Jeffa Lindsaya. Wiadomo, że we współczesnych kryminałach nie liczy się zgrabne ujęcie w słowa fabuły czy opisów, ale sama wartka akcja i jej spójność. Niby w Demonach Dextera i Dekolagu Dextera (bo te pozycje dotychczas zdążyłam powtórnie przeczytać) to wszystko jest, ale nadal... widać, że proza Jeffa kierowana jest bardziej w stronę bezmyślnej młodzieży pragnącej rozlewu krwi i latających flaków i cierpiących na znieczulicę społeczną. Zabawne niegdyś powiedzonka Dextera teraz wywołują niesmak i są niekiedy żenująco słabe. Mam wrażenie, że nie jest on dojrzałym trzydziestoletnim facetem, tylko zatrzymał się na poziomie siedemnastolatka.

Co do innych postaci, bardzo irytująca jest Deb, czyli  przyszywana siostra naszego potwora. Jedyne, co umie, to rozkazywać Dexterowi i kazać mu sobie pomagać. Jest detektywem, a cały czas polega na intuicji Dextera i wykorzystuje go do rozwoju własnej kariery. Jej charakterystycznymi cechami są kapryśność, brak taktu, wulgarność - przeklina za każdym razem. Pomiata Dexterem i zgrywa twardą babę z jajami, a jak przychodzi co do czego, to zachowuje się jak małolata - gdy porywają jej chłopaka, w którym jest zakochana od tygodnia... No trochę wiarygodności. Czy proszę o zbyt dużo?

Pozostałe postacie da się przełknąć... Wiecznie napaloną LaGuertę, podejrzliwego i niezwykle "przenikliwego" Doakesa, względnie naturalną Ritę... Ale zrobienie z jej dzieci kolejnych psychopatów... Nie mają tak niezwykłych przeżyć jak Dexter, ale pójście w jego ślady i mordowanie małych zwierzątek to już przesada. Autor ewidentnie chce połączyć Dextera i Ritę kreując z jej dzieci potworów, małych następców Dextera. Morgan tym samym staje się ich mentorem, autorytetem... Naciągane.

Oczywiście pierwszy sezon serialu jest o niebo lepszy od papierowego pierwowzoru. Fabuła nie trzyma się sztywno książki, postacie da się lubić, Dexter nie jest aż takim dupkiem, Debora ma jaja i mózg, LaGuerta nie jest przesadnie napalona, a dzieciaki Rity są normalne (akcja z psem na szczęście nie miała miejsca). Dexter w serialu dowiaduje się, że jednak zależy jej, w jakiś tam sposób, na Ricie, że nie jest ona tylko pustą przykrywką dla jego normalności i przeciętności, czemu aż za bardzo daje wyraz w książce. Także łapcie za serial! Oczywiście im dalej, tym gorzej, ale pierwsze dwa sezony jak najbardziej polecam :)

A tak na marginesie, Jeff porusza bardzo ciekawy i kontrowersyjny temat, jakim jest kara śmierci dla zwyrodnialców. Sam Dexter to Mściciel, robi więcej dobrego niż policja, czyli eliminuje elementy groźne, niszczy śmiecie i szczury, które panoszą się po Miami. Nie będę się rozwodzić w poście o książce na temat polityki i wartości każdego człowieka, ale warto się nad tym zastanowić, czy tacy Dexterzy powinni zadomowić się w każdym większym mieście i czy nie okazaliby się bardziej wydajni od policji i wymiaru sprawiedliwości, w którego mniemaniu pedofile wychodzą po kilku latach z więzienia i tego samego dnia niszczą życie dzieciom...

Bywajcie!

......................
Creedance Clearwater Revival - Have you ever seen the rain?

poniedziałek, 21 września 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #11 | TWD. Zejście

Całkiem niedawno premierę w Polsce miała kolejna książka z uniwersum The Walking Dead - TWD.  Żywe trupy. Zejście. Powstała dzięki współpracy ojca współczesnych zombie - Roberta Kirkmana (tego pana chyba każdy zna) i Jaya Bonansingi, który to odpowiada za wcześniejszą trylogię o Gubernatorze. Nie czytałam jego poprzednich prac, Zejście jest moją pierwszą. Rzadko kiedy to robię, ale odradzam marnowanie pieniędzy na tą pozycję.



Po śmierci Gubernatora pieczę nad Woodbury trzyma Lilly. Daje się poznać jako kobieta zaradna, silna, pomysłowa i inteligentna (niestety, z tym ostatnim przymiotem to tylko pozory). Do miasteczka dociera bardzo religijna rodzina Dupree - małżeństwo Meredith i Calvin i ich troje dzieci, z których wyróżnia się najstarszy 12-letni syn Tommy. Mają lekkie obawy co do miasteczka, ale decydują się zostać. Po kilku dniach do miasteczka nadciąga horda. Atak zostaje odparty, ale nie mogę zdradzić jak, bo to popsułoby lekturę. I na tym mogłaby skończyć się przygoda w pierwszej części cyklu. Tak się jednak nie dzieje - do miasteczka ponownie dociera młody mężczyzna wysłany na zwiady (sam!) w poszukiwaniu lepszego domu dla swoich znajomych. Znajomymi okazują się kaznodzieja Jeremiah i jego wierni nazywający siebie Zielonoświątkowymi Sługami Bożymi. Oczywiście grupa ratunkowa Lilly wychodzi bez szwanku i oswobadza wiernych, którzy nieźle krwi napsują w jej małym raju...

Uwaga, spoilery! Czytasz na własną odpowiedzialność.

Tak mniej więcej przedstawia się fabuła. Nie jest jakaś wybitna, ale dałoby się znieść, gdyby nie parę "niuansów", które rażą w oczy bardziej wymagającego czytelnika.

Zacznijmy od fabuły i języka służącego do jej opisania.
W samej historii nie ma raczej nic zaskakującego i nowatorskiego, wieczne hordy, odpieranie ataków, rozkwit miasteczka i tak w kółko. Znowu pojawia się ten "nieoczekiwany" zwrot akcji, w którym "pozornie" dobry człowiek okazuje się początkiem katastrofy. Czyli byyyło, nawet w poprzedniej części. Całość oprawiona raczej w monotonne i powtarzające się opisy, szczególnie jeśli mamy na myśli te o zabijanych zombie. Nie wiem, czy to wina tłumacza, czy samego autora, ale czytanie raz po raz tych samych słów w tych samych sytuacjach... Nie, to nie przejdzie. Język wulgarny - jak najbardziej, w końcu to historia o ludziach na skraju wyginięcia, nędzy i rozpaczy, żyjących w skrajnych warunkach i w ciągłym strachu. Wulgaryzmy to chyba jedyny plus, ale nic nieznaczący w morzu minusów.

Tym morzem minusów okazują się bohaterowie. Nieprawdziwi, nieprzekonujący, głupi i naiwni. Pierwsza, najgorsza, ta, która sprowadziła klęskę na swoje miasteczko - Lilly. Jak wcześniej nadmieniłam, inteligencją to ona nie grzeszy (w tej drugiej części książki). Przeszła wiele, zdradę ze strony Gubernatora, jego tyrańskie rządy. Powinna wiedzieć, że władza w miasteczku to nie są żarty i nie powinno się jej powierzać byle komu, a w szczególności osobie, którą dopiero co poznała. Niestety, nie wykazała żadnych podejrzeń co do Jeremiaha (z wyjątkiem początku, ale one zostały szybko rozwiane, bardzo nienaturalnie) i po tygodniu lub dwóch ofiarowała mu władzę w miasteczku, ponieważ sama zakochana w Calvinie chciała bawić się z nim w szczęśliwy dom. Nie w tych czasach, moja droga. Poza tym, jako "przewodnicząca" miasteczka powinna wiedzieć, iż nowoprzybyłym nie dość, że nie można ufać, to jeszcze powinno się ich przeszukać i sprawdzić ich ekwipunek. Podczas apokalipsy zombie nie bawimy się w ochronę praw człowieka, ponieważ cały humanitaryzm legł w gruzach. Należy być bardzo, ale to bardzo ostrożnym. Lilly zapomniała, że nie wolno nikomu ufać.
Następny do golenia to Calvin. Stracił żonę (ups, spoiler), a po dniu już łypał zuchwale na Lilly. Taka cicha woda, tutaj niby gorliwy katolik, dekalogi, Biblia wkuta na blachę, a tam ten tegesy z inną kobietą. Można pokusić się o dogłębną psychoanalizę, doszukiwać się głębi w jego nieprawilnym zachowaniu - zachwianie emocjonalne po stracie żony, cała zombie apokalipsa (chociaż trwa ona kilka ładnych lat, powinien się przyzwyczaić - no właśnie, jak oni przetrwali mając tylko siebie?), próba poradzenia sobie z zapomnieniem zmarłej małżonki albo może był głodny seksu, a Meredith była na tyle chora i niestabilna w emocjach, że nie miała ochoty. Albo apokalipsa zombie to raczej nieodpowiedni czas na reprodukcję w niedogodnych warunkach. W każdym razie coś mi tu ohydnie śmierdzi, a mianowicie jest to niedokładnie zakreślona postać, nieprzemyślana, co poskutkowało daniem nam plastiku na tacy. Po prostu jej nie kupiłam.
Kluczową postacią jest Bob, starszy pan, alkoholik, który odstawił używki jakiś czas temu, chociaż co jakiś czas uzależnienie daje o sobie znać. I to w krytycznych momentach. Bob wie, czego chce i wie, jaki powinien być. Nie ufa nowoprzybyłym, ani nie darzy szczególną sympatią Calvina i jego rodziny, ani też raczej nie wzbudzają w nim podejrzeń. Większą uwagę poświęca Jeremiahowi, nie ukrywa tego, że nie lubi kaznodziei i że mu nie ufa. Ma pretensję do Lilly za to, że za bardzo pozwala pastuchowi panoszyć się w Woodbury (co jest smutną prawdą). Nie daje się nabrać na jego gierki, śledzi go, obserwuje, analizuje i w końcu przeszukuje jego prywatne rzeczy, w tym wielki plecak. Tym samym ratuje wielu mieszkańców wioski od śmierci. To całkowicie demaskuje Jeremiaha - przynajmniej w oczach Lilly. Bob to alegoria mądrości, doświadczenia i zdrowego rozsądku. Szkoda tylko, że jest w tym osamotniony, co nadaje niejakiej sztywności, sztuczności i patosu fabule - MĄDRY on i GŁUPIA reszta Woodbury, UŚWIADOMIONY on i ŚLEPA reszta Woodbury. Ostatni sprawiedliwy Bob.
Mówiłam o tym Jeremiahu, ale kim on tak właściwie jest? Jaki jest? Dobry czy zły? Oprawca czy ofiara? Na tle poprzednich postaci klecha jest ciekawie skonstruowany. To fanatyk i to przez duże F. Nikomu nie przeszkadza jego religijne pieprzenie w bambus, emanuje prostotą, dobrem, uczciwością, życzliwością. Tak, był życzliwy. Życzliwie chciał uwolnić swoich braci i siostry od zła doczesnego, które czyha za rogiem. Chciał dać im ukojenie w tych trudnych czasach, by nie musieli już walczyć, martwić się, bać. Zabijać. Dokładnie, chciał wymordować wszystkich mieszkańców Woodbury. Dla niego nie było to morderstwo, to było uwolnienie. Wierzył w to, co robił, nie miał złego zamiaru. I jak na fanatyka przystało zmuszał innych, by podzielili jego zdanie i los. Dlatego działał z ukrycia. Niezrozumiałe jest dla mnie wpuszczenie hordy zombie do miasteczka. Bezsensowne zmuszenie postaci do popełnienia nieprzemyślanego czynu tylko po to, by ruszyć fabułę dalej. Niedopuszczalne. Należy oczekiwać, że klecha wróci jako Mściciel, by się zemścić za pokrzyżowanie jego planów. Typowe.
Na wspomnienie zasługuje jeszcze najstarszy syn Calvina, Tommy. Dwanaście lat na karku, zachowuje się jak młodzieniec udający dorosłego. Rezolutny, twardo stąpający po ziemi. Za twardo. trochę przypomina późniejsze stadium Carla, tylko że Carl umie trzeźwo myśleć. A Tommy myśli, że umie. Jest przeciwny nadgorliwości religijnej rodziców, za co brawa się należą - wie, że modlitwa nie pomoże im żyć dalej. Opiekuje się młodszym rodzeństwem. Zabija... Zabił swojego ojca, bo przypuszczał, że ten zagraża Lilly i Bobowi (wynikła pewna sytuacja i nie chce mi się jej opisywać). Z jednej strony dobrze, ale nie wiedział, że Calvin powoli się poddaje, można było go przekonać. I tylko płacz na widok rozpapranej łepetyny jego ojca, z której mózg się wylewał? Nieprzekonujące.

Nie mam wprawy w krytyce, zwykle wszystko mi się podoba, ale zmarnowane pieniądze bolą. Książka nie mogła być dobra, Kirkman chyba przeczytał ją po premierze, pełno dziur fabularnych, naciągani i nieprawdziwi bohaterowie. Tylko typowi Bob i Jeremiah trzymają tę pozycję na nogach. Odradzam.

piątek, 11 września 2015

Jak zostać nieśmiertelnym #10 | Ach, te lektury...

Lektury. Odwieczny koszmar ucznia. Stare książki o starych czasach i starych ludziach. Co w tym dobrego? A no, jest, i to sporo.


Naszło mnie takie pragnienie, aby pomówić o lekturach, bo tęsknię za nimi :( Wiadomo, w podstawówce i gimnazjum zwykle się narzekało, w liceum mniej, ponieważ zaczęłam dostrzegać te dobre strony lektur, że jednak nie bez powodu są kanonem literatury i każą je czytać małym smrodom.. Teraz, gdy idę na studia na kierunek całkiem ścisły, nie będę miała już do czynienia z polskim i z literaturą (o ile czas pozwoli), a polski bardzo lubię. I możecie mi wierzyć albo nie, ale te niekiedy grube tomiszcza, napisane trudnym językiem, naszpikowane archaizmami lub neologizmami, z niekończącymi się opisami naprawdę są esencją wartości, poruszają trudne problemy, niekiedy aktualne i wtedy, i teraz. A oto zestawienie lektur ważnych, tych, które jako tako pamiętam (czyli podstawówkę ominę), głównie skupię się na podstawie programowej z liceum.

Kadr z filmu Quo Vadis

Wiem tylko, że niektóre podstawówki do spisu lektur dołączają pierwszą część Harry'ego Pottera :) I bardzo słusznie, bo jaka inna książka ma zachęcić młodych ludzi do czytania? No właśnie, teraz doszłam do wniosku, że celem lektur w podstawówce jest przede wszystkim wszczepienie miłości do książek. Te lektury mówią raczej o podstawowych wartościach jak szczera przyjaźń, miłość czy empatia. Są one raczej niewinne, mówiące o zabawie, komiczne - zaczytywałam się w Mateuszku Elviry Lindo, który wzorowany był na światowym bestsellerze Mikołajku. Za to które książki zdecydowanie nie nadają się dla dzieci z podstawówki, które coraz częściej nie wiedzą, czym jest książka? W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Do dzisiaj pamiętam negatywne wrażenia po tej lekturze, a czytałam wszystko, co mi w ręce wpadło. Zbyt długie opisy dosłownie odstraszają, zanudzają. Są lepszym środkiem nasennym niż Forsen. Poza tym Henryk Sienkiewicz zdąży dostatecznie zbrzydnąć w gimnazjum z powodu znienawidzonych powieści historycznych Krzyżaków Ogniem i mieczem. Na szczęście nie mogę się wypowiadać na ich temat, ponieważ pani polonistka z gimnazjum uraczyła nas Quo vadis i chwała jej za to. Szczerze, nie przepadam za językiem średniowieczno-renesansowo-barokowym. Natomiast akcja Quo vadis toczy się za czasów panowania Nerona, cesarza rzymskiego, krótko po śmierci Jezusa, jest o prześladowaniu ówczesnych chrześcijan, miłości przezwyciężającej różnice kulturowe i religijne i... o czymś tam jeszcze :) W każdym razie całkiem dobrze się czyta, język jest prosty, co nie skutkuje opadaniem głowy z przemęczenia.
Plakat filmowy Piekła Dantego - w 1/3 oddaje książkę

Dzieła antyczne Sokratesa - Król Edyp i Antygona są tymi, które trzeba znać. Poruszają wiele tematów tabu, których nie podejmowano w późniejszych okresach - głównie chodzi mi o morderstwa i kazirodztwo. Oczywiście z tych utworów można wyciągnąć całą esencję starożytności - Fatum i brak jakiegokolwiek wpływu na swój los, katharsis i niezamierzona wina. Kontrastujące postawy sióstr, model kobiety pewnej siebie, z charakterem i z jajami - bynajmniej nie chodzi o transseksualistów. W późniejszym, najdłuższym okresie znanym sztuce dominował Bóg. Średniowiecze jest mdłe, pełne modlitw, zakłamania, ślepego ufania Bogu, braku higieny, smrodu, zatęchłego powietrza i śmierci. Wspomnieć można o Tristanie i Izoldzie, ale tylko wspomnieć, nie jest to, moim zdaniem, wybitne dzieło. Godna uwagi jest Boska Komedia Dantego - powstała nawet gra i film animowany. Sam fragment o kręgach piekła jest dość interesujący i na pewno się przyda do opisywania motywów piekła na maturze.

Warto wspomnieć o renesansie, rozwoju nauki, Szekspirze i Da Vincim. Szekspir, mimo że pisał raczej nielubiane przez uczniów sztuki, prezentował w swoich dziełach złożoność charakterów, dylematy, intrygi na dworze królewskim (dobra, chodzi mi tylko o Makbeta i Hamleta, Romeo i Julia to takie niewydarzone romansidło sprzed 600 lat dla kobiet).

W baroku dominował raczej kult malarstwa i nadworne pisarstwo.

W polskim oświeceniu dominowały bajki Krasickiego, sympatyczne i zabawna Monachomachia opisująca mnichów, którzy znudzeni życiem w klasztorze wszczęli wojnę i obrzucają się klapkami.

Natomiast romantyzm to piekło dla ucznia - wieczny ból dupy Mickiewicza potrafił sprawić, że pod wpływem placebo i ja musiałam zażywać leki na hemoroidy. Dziady cz. II można zdzierżyć, bo traktuje o tym, co powinno się za życia zrobić, by go nie zmarnować i nie żałować, cz. IV o zakochanym głupcu-samobójcy, no i wisienka na torcie, czyli cz. III. Ciężko się czyta, to fakt, przynajmniej dla osoby, która nie rozumie utworów wierszowanych, ale to TRZEBA znać, by móc narzekać :) Jest tam zawarta myśl o całym okresie rozbiorów, traktowaniu Polaków i Rosjan przez cara, ukazanie biało-czarnych stron, gdzie tą białą jesteśmy my, Polacy, którzy są męczennikami i swoim cierpieniem odkupią Polskę, a Szatanem jest car - to tak w skrócie. Sytuacja polityczna, historia, hierarchia, donosicielstwo, brak skrupułów - to wszystko tam jest tylko pod grubą warstwą górnolotnego słownictwa i nic nieznaczących frazesów.
Oczywiście romantyzm to nie tylko Dziady. Bardzo miłą odmianą jest Pan Tadeusz - doceniłam dopiero za drugim podejściem - zabawne i głupawe, o szlachcie i jej zwyczajach. Drugi wieszcz narodowy - Słowacki, w odpowiedzi na Dziady cz. III napisał Kordiana z nieco innym podejściem do sprawy męczennictwa. Ten sam czas, te same realia, podobne problemy jednostki - tyle że Słowacki toleruje prometeizm, czyli poświęcenie się jednostki dla dobra ogółu. Poza tym znana wszystkim z gimnazjum Balladyna i Zemsta Olka Fredry. Zapewne z epoki preromantyzmu znienawidzicie Goethego i jego Cierpienia młodego Wertera z weltschmerzem na czele - o zakochanym głąbie, który nie mógł przeboleć faktu, iż jego luba wychodzi za mąż za innego i z tego powodu popełnia samobójstwo. Tytułowy Werter jest tak irytującym, głupim, zadufanym i ograniczonym człowiekiem, że czytając to możecie tylko podnieść sobie ciśnienie, więc nie polecam.
Szanowny Wokulski z Lalki

Zostawiając za sobą tą pełną sprzeczności epokę romantyzmu wchodzimy w jedną z tych lepszych, czyli w pozytywizm, a w nim króluje Bolesław Prus i jego Lalka. Gruba, bo gruba, ale zawiera tyle motywów - oczywiście nieszczęśliwą miłość, bohatera romantycznego pozytywistę, praca u podstaw, praca organiczna, hierarchia społeczna, miasto, portret kobiety, nauka i wiele innych. Ciekawa jest też narracja, bo w Lalce występują wszystkie - pierwszoosobowa, trzecioosobowa wszechwiedząca i trzecioosobowa personalna (w Wiedźminie też one występują). Na uwagę zasługuje też Zbrodnia i kara Dostojewskiego - o poczuciu winy po dokonanej zbrodni. Na razie najlepiej napisana książka, jaką kiedykolwiek czytałam.

Młoda Polska (modernizm) to głównie poezja Kazimierza Przerwy-Tetmajera, Leopolda Staffa i Jana Kasprowicza. Poznacie też Żeromskiego i bardzo dobre Przedwiośnie - o rewolucji, jej skutkach i zmianach zachodzących w głównym bohaterze na przestrzeni kilku lat. Wesele Wyspiańskiego należy poznać ze względu na bogatą symbolikę, znowu walkę o wolność, ale tym razem nie bierną, Wyspiański bowiem karci marazm i popiera działania. Joseph Conrad napisał niezłą historię psychologiczną Jądro ciemności, która demaskuje najgorsze świństwa, jakie wychodzą z człowieka w obliczu zagrożenia lub też stania się władcą. O pracy niewolniczej, nietzscheanizmie i o traktowaniu zwierząt lepiej niż ludzi.

W dwudziestoleciu międzywojennym tworzył bardzo ciekawy człowiek, Witold Gombrowicz, przeciwnik romantyzmu i przyjaciel maturzystów - jego eseje bardzo dobrze się czyta. Ferdydurke to jedna z tych lektur, których po przeczytaniu nie zrozumiesz, dopóki nauczycielka nie wytłumaczy na lekcji. O zinfantylnieniu, na sile wprowadzonej nowoczesności i niekiedy zwierzęcych zachowaniach ludzi. Bardzo dziwna. Bardzo. Inne warte uwagi to Mistrz i Małgorzata - o tym, że cenzura słowa może doprowadzić do zlotu czarownic, Proces o zagubieniu w urzędach (nie, tym razem nie polskich).

Wojenna literatura to głównie wiersze, później wyznania i zeznania, reportaże - Zdążyć przed Panem Bogiem - o wojnie, zachowaniach ludzi podczas wojny, tragicznych wydarzeniach, szokujących wyborach i o moralności. Medaliony - zbiór wojennych opowiadań Zofii Nałkowskiej.
Współczesna literatura warta uwagi to niekwestionowanie Folwark zwierzęcy Orwella - o totalitaryzmie i wyzysku, no i Dżuma Alberta Camusa, parabola o rozprzestrzenianiu się zła podczas epidemii (jak epidemia).

Łuhu, to by było na tyle, chyba trochę przesadziłam z tym postem, ale naprawdę zwięźle chciałam udowodnić, że lektury to (z reguły) starannie dobrane światowej klasy dzieła (nie jakieś zmierzchy), które reprezentują sobą wysoki poziom językowy, kształcą gusta czytelnika, a przede wszystkim wprowadzają do epoki i swoistego klimatu, uświadamiają, że niemożność znalezienia sobie chłopaka jest śmiesznym nastoletnim problemem poruszanym w śmiesznych nastoletnich książkach, a prawdziwe problemy i dylematy są czasami niewyobrażalne.




niedziela, 16 sierpnia 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #10 | Stary Harry...

Zwykle odgrzewanie kotleta po raz enty skutkuje niestrawnością i niezdolnością do dalszej konsumpcji - pojawiają się odruchy wymiotne, drgawki i piana z usta. Jest jednak pewien rodzaj kotleta, który można odgrzewać w nieskończoność, nie nudzi się, ba, pojawiają się coraz to nowe skojarzenia i przyzwyczajamy się do tego smaku, który z czasem zaczyna kojarzyć się z utraconymi latami, pewną nostalgią, mimowolnym uśmiechem na ustach. Mowa oczywiście o sadze Harry Potter.
Każdy pozna tą czcionkę : >

Dla jednych totalna dziecinada, dla innych kwintesencja dzieciństwa, tych dobrych lat 90'. Nie wiem jak Wy, ale ja robię sobie, co mniej więcej 2-3 lata, odświeżenie pamięci i poświęcam cały tydzień wakacji na ponowne przeczytanie sagi - parę dni temu skończyłam ostatnią część trzeci raz i, pomimo moich prawie 20 lat na karku, cały czas świetnie się bawię przy tej pozycji, a siedzę w tym uniwersum po uszy już ponad 10 lat. Nie wiem, czy to przez to, że saga jest świetna i wdarła się w ten kanon, stała się niedoścignionym wzorcem, czy przez głupi sentyment, którego mam w sobie aż nadto.
Czy tylko ja wolę to...
...od tego?

Nie chciałabym potraktować mojego ulubionego uniwersum po macoszemu, więc, myślę, że rozmyślania i rozważania podzielę na kilka część, w najlepszym przypadku na 2 - dziecięce i beztroskie, rzecz by można, lata i te cięższe, zakrapiane już krwią bohaterów.

Pamiętam, sposób w jaki nabyłam pierwszą część. To było w podupadającym już grudziądzkim Realu (tym markecie). Kamień filozoficzny w miękkiej okładce dodawany był do dwupaku CocaColi. To były te lata, jak filmy HP trafiały na polskie ekrany i pierwsze dwie części były dość popularne. Miałam je nagrane na kasetach VHS i to jeszcze z reklamami TVN. Zawsze po powrocie ze szkoły, dzień w dzień, oglądałam je naprzemiennie. Bywały dni, że miałam na 10 do szkoły, to wstawałam rano i miałam seans przed szkołą. Dialogi znałam na pamięć, chodząc w przerwach do kibelka wymachiwałam palcem krzycząc Wingardium leviosa!, ale niestety, srajtaśma nie chciała unieść się w powietrze. Cóż, pewnie nie tylko ja próbowałam przywołać pilota... W każdym razie, w tamtych czasach, to było coś nowego, fascynującego. Magicznego. Długo uważałam Komnatę Tajemnic za najlepszą, a to z powodu występującego tam gada, tajemniczych petryfikacji, wkurzającego Zgredka i ogólnego mroku panującego w tej części. Nigdy nie mogłam docenić Więźnia Azkabanu, niesamowitego przerywnika między walką Harry'ego z Voldim. Teraz widzę, że ta część, z pozoru nic niewnosząca, poszerza naszą wiedzę o rodowód Harry'ego, magiczne stworzenia, zmieniacze czasu, co jest bardzo delikatną sprawą, przenoszenie się do przeszłości - można bardzo szybko zagubić się w takich motywach, lecz Rowling wyszła z tego bez szwanku - nie wiem, jak ona to robi, ale coś, co jest na pograniczu nielogiczności wytłumaczy w mniej lub bardziej spójny sposób.

Te części są idealne dla 9-10 latków, oczywiście takich, które nie przestraszą się na widok trzystustronnicowego "tomiszcza". Rowling pisze w sposób prosty, niewymagający, lecz dobiera słowa w taki sposób, że możemy bez zbędnych, ciężkich tolkienowskich opisów wszystko sobie wyobrazić, wyczuć, poczuć się, jakby to Hogwart faktycznie był naszym domem :)
Aż się łezka w oku kręci :3

Cóż, na początku koncepcja tego posta wyglądała inaczej, ale co można nowego powiedzieć o tak nam dobrze znanych trzech pierwszych częściach HP - przecież nie będę pisała recenzji... To była taka luźna pogadanka o tym, co kocham od ponad 10 lat, jestem starym koniem, a wciąż patrzę bezkrytycznym okiem na HP. Teraz czytałam, aby doszukać się jakichś luk, dziur fabularnych, ale w książce ich nie zauważyłam. Więc... Nox!

sobota, 8 sierpnia 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #9 | Loven Lofoten

Jako że ostatnio bardzo dużo podróżuję, głównie od pokoju do lodówki, postanowiłam wybrać się na trochę dłuższą wyprawę, a mianowicie do Norwegii na Lofoty. To pierdyliard małych, skalistych wysepek wyłaniających się z mórz, oddzielonych przez jeziora, rzeczki, stawy, kałuże, wodospady i wodospadziki. Trafiłam akurat na jasne noce, czyli na ten półroczny okres, kiedy dzień jest dłuższy od nocy albo całkowicie go eliminuje. Tata odebrał nas (mnie i moją mamę) z lotniska Evenes o 22, a do Svolvar, w którym mieszka mój ojciec, jedzie się jeszcze małe 2-3 godzinki. O tej porze roku laik nie jest w stanie odróżnić dnia od nocy. Kiedy dotarliśmy na miejsce o około 1 w nocy (czas taki sam jak w Polsce), słońce dawało czadu po oczach i śmiało można by było się opalać.

To, bodajże, główna ulica w Svolvar.


Wracając do lofotowej drogi. Widoki są po prostu niesamowite. Jeziora, góry, słońce nieśmiało wyglądające zza wzniesień. Często przejeżdża się tunelami, jeden jest nawet po wodą! Na poboczach renifery i łosie. Jest to klimat umiarkowany chłodny, więc wszystkie roślinki, które u nas kwitną w kwietniu, tam zaczynają dopiero pod koniec czerwca/na początku lipca. Poznać to można po moim czerwonym nochalu i po gilach wdzięcznie cieknących z nosa. 

Ten placyk pełni funkcję ryneczku - jest tu jedzonko, pamiątki, ale strasznie drogie, więc nie opłaca się kupować. Jest to też istna Wieża Babel - można tu spotkać tak wiele narodowości - od Niemców, którzy są tu już normalnością, po Chińczyków.


Sama miejscowość lub mieścina, jest niewielka. Zamieszkują ją nie więcej jak 5 tysięcy mieszkańców, z czego Norwega szukać ze świecą. Podczas pierwszego spaceru wypadały mi oczy ze zdziwienia, że jest tam tak dużo czarnych i brązowo-żółtych. Nawet nad nami mieszkali Rumuni. Polaków też niczego sobie - gdy poszłam kupić bilet do muzeum lodu, chciałam pochwalić się swoim angielskim i się produkowałam, pot ciekł mi strugami po skroniach, po czym okazało się, że pan sprzedawca to Polak... Poza tym, ludzie są bardzo mili, kulturalni, nie stresują się, żyją spokojnie, tak zwane 'no stress'. Mają, delikatnie powiedziawszy, wyjeb***. Polacy powinni się uczyć od Norwegów kultury na drodze, którzy zawsze, gdy tylko widzą zbliżającego się przechodnia do jezdni, zatrzymują się, cierpliwie czekają, nie wyzywają, nie próbują go przejechać, nie pokazują środkowych palców, tylko siedzą za kółkiem i się uśmiechają. Idąc górskim szlakiem, każdy Norweg pozdrawia cię serdecznie dźwięcznym 'hello' lub 'hi'. A co do gór, jeden szczyt został wdzięcznie przez Polaków nazwany Zębami Teściowej.

Sławne Zęby Teściowej.
Te ptaki mutanty są ze 3 razy większe od naszych bałtyckich mew. I robią z 3 razy więcej hałasu. I kup.

Norwedzy nie znali słowa "kradzież", dopóki nie zaczęli przyjmować obcokrajowców, w tym głównie Polaków, którzy nauczyli ich znaczenia tego wspaniale brzmiącego po polsku terminu. Pootwierane garaże i domostwa nocą i samotne rowery na chodnikach pozostawione daleko od domu to tylko kropelka w morzu norweskiego zaufania i niewinności. Oczywiście zaufaniem tym obdarzają tylko rodaków, a Polacy niezaprzeczalnie nie są traktowani jak rodacy. Było parę wydarzeń, których głównymi bohaterami byli właśnie Polacy nieznający zasad panujących w tym prostym kraju. A tu zaiwanili rower, bo myśleli, że ktoś go porzucił, a tu zawitali w czyimś garażu, bo w nim światło się paliło w nocy, a to oznaczało "bierz co chcesz".

Te czerwone klocki to domki letniskowe. Mają swoją nazwę, ale już nie pamiętam :D


Turystów na północy Norwegii poznasz od razu - podczas 14-sto stopniowych "upałów" Norwedzy wskakują w odzież letnią, często krótkie rękawki, spodenki, chodzą nad jezioro i się kąpią. Podczas spaceru ubrałam kurtkę zimową, a że piździło jak w Kieleckiem, przysłoniłam uszy kapturem i udawałam człowieka lodu. A obok mnie, norweskie dziecioki, skaczą z głazu do krystalicznie czystej wody. Pospiesznie zdjęłam kaptur.

Ta kręta droga prowadzi na szczyt góry, na który wtedy zmierzałam. 
To szczyt tej góry. Niestety, mój wrodzony lęk wysokości nie pozwolił mi na niego wejść, gdyż przejściem była kładka metr na metr, a pod nią urwisko. Więc stałam przed szczytem. Widoki przednie.


Odczuwalna temperatura zmienia się bardzo szybko, kiedy zajdzie słońce i wieje, momentalnie robi się -1000 stopni, natomiast gdy słoneczko wyjdzie zza chmur i przechodzi się między domami, gdzie wiatr nie dosięga, obciekasz potem, bo wcześniej założyłeś kurtkę zimową.

Gra o Tron VI: Lodowy Król


I to tyle, tego posta pisałam ponad miesiąc, nie mogłam wymęczyć ostatnich 2-3 akapitów, więc początkowy zamysł odszedł w niepamięć i nigdy nie wróci. Norwegia tylko dla morsów!

Najlepszą atrakcją było pójście do akwarium w Kabelvag. Nie mieli zbyt wielu okazów, ale samo to, że mogłam sobie pomacać jeżowce i rozgwiazdy, było milusie :3 Na zdjęciu flądra.


Ostatniego dnia pojechaliśmy na plażę. Oczywiście powstaje ona podczas odpływów - multum ludzi rozbija namioty na wielkich skałach i smażą się na nich jak na patelniach.



poniedziałek, 1 czerwca 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #8 | Zadanie goblina

Wraz z ostatnią przeczytaną stroną tej powieści dostrzegłam pewien problem. Ale jak to, to już koniec? Gdzie dalsze życie Jiga, pierwszego goblina z mózgiem? Już miałam popaść w depresję i przez następne kilka dni rozważać nad sensem swojej egzystencji, gdy nagle znalazłam w internecie informację o trylogii Jima C. Hinesa rozpoczynającą się Zadaniem goblina. Od razu odegnałam chmurne myśli i zaczęłam poszukiwać w internetach kolejnych części. Są, owszem, ale trudno dostępne, odkupione od innych, pozaginane, brzydkie i niepachnące nowością. Nawet na stronie wydawnictwa są niedostępne, a szkoda, bo to naprawdę dobra powieść.

Głównym bohaterem nie jest żaden heros, waleczny mąż dzierżący wspaniały, lśniący miecz i siekający swoich wrogów jakby byli tylko małymi korniszonami. Otóż przedstawia nam się tchórzliwy, bezwartościowy (w mniemaniu społeczności gobliniej) goblin Jig wraz ze swoim ognistym pająkiem Ciapkiem - nie no, nazwanie pająka Ciapkiem jest totalnie genialne i swego rodzaju zabawne, kojarzy się z ludzkim pupilkiem pieskiem, wdzięcznie merdającym ogonkiem (w tym przypadku podpalającymi odnóżami) i ślepo podążającym za swoim panem. Jig popychadło wykonuje najgorsze prace, czyli czyści goblinie latryny, sprząta po popijawach swoich "kolegów", co jest chyba gorsze od czyszczenia samego gobliniego wychodka. Przy tym boi się przeciwstawić, wie, że nie ma szans z silnym, choć niegrzeszącym inteligencją Porakiem, dużym i silnym goblinem. Wysłał on Jiga na patrol goblinich tuneli, czy aby tam jakiś hobgoblin czy ludzki łotr się nie wdarł. Znając szczęście głównego bohatera natknął się na grupę istot zamieszkujących powierzchnię (gobliny naprawdę rzadko wychodziły na słońce) - dwoje ludzi, krasnoluda i elfkę, którzy, ukazując swą pogardę wobec "robaka" i "potwora", kazali mu być przewodnikiem prowadzącym ich do smoczej jamy Strauma, który strzegł Laski Stworzenia.

Fabuła, jak na fantasy, jest typowa, ale bohaterowie są genialni. Na pierwszy rzut oka wykazują nad wyraz najzwyczajniejszą prostotę charakteru, ale później można dostrzec pewną analogię i pewien morał. Otóż ludzie, którzy powinni był najbardziej rozumni, najmądrzejsi i najbardziej bystrzy i logicznie myślący, wykazują się zamkniętym umysłem, są uprzedzeni, zapatrzeni w siebie, uważają się za najlepszą rasę, nie widzą, że wyzyskują innych, są egoistami i życie innych mają za nic. Krasnolud, sługa dwóch królewskich braci, początkowo daje mylne wyobrażenie miłego, sprawiedliwego i szanującego innych, a tak naprawdę jest sługusem, nie potrafi samodzielnie podejmować decyzji, bezkrytycznym okiem patrzy na poczynania królewiczów, nawet jeśli nie zgadzają się z jego nikły poczuciem moralności i etyki. Pozostaje elfka, ostatni kompan w drużynie, siłą zaciągnięta do załogi, wykorzystana, popychadło, początkowo była rada, że do brygady dołączył goblin, który w hierarchii liczył się najmniej, był tylko robalem i bezmózgim potworem (dla ludzi), niedoceniany uratował im wiele razy skórę, a to za pomocą ciekawości i umiejętności prostego, aczkolwiek logicznego myślenia. Elfka dostrzegła w nim ciepłe serce i dała mu wiarę w inne istoty. Co do samego wcześniej wspomnianego Jiga, to typowy wódź, coś na zasadzie profesora, naukowca. Podczas wyprawy nauczył się wielu przydatnych rzeczy, które chciał wykorzystać do poprawy życia goblinów, które były zacofane i głupie, nie potrafiły wymyślić urządzeń, szły na żywioł, nie przygotowywały żadnych planów. Pewnie jego rządy są przedstawione w drugiej części. Morał z tego taki, że potwory są bardziej ludzkie od samych ludzi, że należy akceptować i mieć na uwadze opinie innych ludzi, co może zaowocować cudowną współpracą, bo tylko dzięki niej można coś osiągnąć.

Wystarczy tego dobrego, książka może i napisana prostym językiem, ale czyta się wyśmienicie, idealna na wieczorek z kocykiem, herbatą i śpiącym kotem na kolanach :3


wtorek, 19 maja 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #7 | Mózgopapka, czyli "Szczury Wrocławia"

W końcu po maturach przebrzydłych nadszedł czas na nadrabianie książek. Tym razem postanowiłam zagłębić się w głośnej - przynajmniej w niektórych kręgach - powieści Roberta J. Szmidta Szczury Wrocławia, które, wbrew tytułowi, nie opowiadają historii zadżumionego miasta czy przeżyć szczurów we Wrocławiu. Jest to pełnokrwista książka o zombie. Polskich zombie.



Rzecz dzieje się w 1963 roku, czyli za komuny, którą nasi dziadkowie wspominają z łezką w oku. Akcja toczy się w ciągu pierwszych 12 godzin od początków epidemii zabójczego, śmiercionośnego wirusa, a ilość wątków jest przeogromna. Autor bowiem zastosował świetny chwyt marketingowy zabijając w książce swoich fanów i czytelników (żeby nie było, też stoję w kolejce do budki "proszę, zabij mnie"). Ogółem nie należy zbytnio przywiązywać się do postaci, ponieważ giną one szybciej niż te w Grze o tron. Z około dwustu postaci przeżyło, bo ja wiem, z dziesięć? W każdym razie, pomysł bardzo świeży, intrygujący, zachęcający do sięgnięcia po książkę. Tylko co z tego wyszło? Ano wyszło jajco, ponieważ czytelnik nie jest w stanie ogarnąć, kto jest kim, pod natłokiem podobnych nazwisk i nie raz tych samych imion można stracić rachubę i bardzo szybko się pogubić. Może to tylko moje odczucie, ponieważ na ogół mam problemy z zapamiętaniem nazwisk, ale wyszedł totalnych chaos, jak w tytule. Duży plus za umieszczenie Donalda T. i sławnych bliźniaków na jednej stronie. Czyżby autor miał co do nich jakieś... inne plany?

Kolejna sprawa, najbardziej intrygująca, to obraz zombie w powieści. Nie można ich w żaden sposób zabić, są totalnie niezniszczalne, nie pomaga strzał w głowę, spalenie, rozciapcianie na drobne fragmenciki - chodzące fragmenty jelit to już trochę przesada. Jakiekolwiek próby unicestwienia dziadostwa kończą się fiaskiem. To tak, jakby każda komórka ciała zombie była niezależna i zaprogramowana tak, aby dążyć do regeneracji za wszelką cenę. Te zombie bowiem rzucają się, masakrują, miażdżą, rozgniatają, rozczłonkowują i zżerają ludzi tylko wtedy, gdy ich ciała są w pewien sposób zdeformowane albo wybrakowane - a tu rączka odpadła, a tu bebechy wyleciały, a tu mózg wypłynął z przepołowionej czaszki. W ten sposób się regenerują i później wpadają w trans, są jakby nieobecne, nie muszą siać spustoszenia, totalnie się wyłączają. Wysysają tylko energię życiową osób zdrowych - coś jak moce wampiryczne w Skyrim albo ogólnie koncepcja wampirów energetycznych. Dobrze to przedstawiła sytuacja na dworcu, gdzie spanikowaniu ludzie tratowali się nawzajem, umierali z braku powietrza, czy też po prostu zostali zainfekowani i wysysali energię z żywych przez sam dotyk, co skutkowało zgonem. Zombie są zbyt dokoksowane, ale też całkiem oryginalne, jak na zombie, bo, powiedzmy sobie szczerze, w dzisiejszych czasach ciężko o oryginalnego zombie. Trzymam kciuki za autora, aby wybrnął z tego obronną ręką i się nie pogrążył i nie pogubił w świecie, który sam stworzył.

A jaka była przyjemność z czytania? Cóż, język nie był na miarę Dostojewskiego albo Nabokova, ale ważne, że kartki same się przewracały, mózg chłonął zachłannie każde słowo - autor nie przynudzał, walił konkretami opisując przy tym z precyzją chirurga każde miejsce akcji. Dużym plusem była umiejętność ukazania głównego zarysu charakteru postaci, które nie cieszyły się zbyt długim żywotem, dzięki czemu pozostają w pamięci, chociaż nadal są bezimienne, np. ruda wredna okularnica. Większość jest całkiem unikalna, ludzka - motłoch zatracający się w żądzy przetrwania za wszelką cenę, szlachetne nieliczne jednostki. Dylematy moralne postaci, które muszą szybko wybrać między przeżyciem kosztem drugiego człowieka a rychłą śmiercią. Wszystko, czyli cała demoralizacja władz z tamtych czasów, hierarchia społeczna w komunistycznym państwie, cenzura słowna, zakaz wypowiadania swojego zdania i wszechobecni towarzysze przenoszą nas do lat 60' nie przyćmiewając apokalipsy zombie i na odwrót - odpowiednie proporcje są zachowane.

W kolejnym tomie oczekuję więcej Maweta, Biedrzyckiego i pielęgniarki Dominiki. Najbardziej chciałabym wiedzieć, co stało się z małym rudym chłopcem z wadą wymowy, czy będzie miał szansę spełnić swoje marzenie odnośnie zostania premierem.

Chyba wszystko, co chciałam, przekazałam. Jako zombiemaniak jestem rada tak nowego podejścia do tematu zombie, bałam się, że będzie powtórka z rozrywki po TWD, ale jednak polski wytwór lepszy niż hamerykański. Tylko czekać na więcej polskich zombiaczków.

Btw. W tym tomie znajduje się też opowiadanie Horda Artura Olchowego, które, z przykrością stwierdzam, pod względem merytorycznym i koncepcyjnym wypada lepiej niż główne opowiadanie Szczurów, ale o tym może  kiedy indziej. Piona!


wtorek, 21 kwietnia 2015

Jak zostać nieśmiertelnym #9 | Utopia raz, poproszę.

Wcale nie umarłam i nie zapomniałam o blogu. Nawarstwiło się parę spraw, które wytrącają mnie z równowagi i nie dają twórczo myśleć, więc wenę mam na minusie. A co za tym idzie - posty nie chcą się pisać. Poza tym, nie chcę się tłumaczyć głupią maturą... : >

Czy podczas czytania zwykłej, nielekturowej (a może lekturowej, bo nie wszystkie lektury są złe i bebe) książki zaznaczacie sobie fragmenty, które utkwiły wam w pamięci lub w jakiś sposób zmusiły do refleksji, chwili głębszego zastanowienia?

Weźmy sobie taką Utopię Tomasza Morusa. Nie myślcie, że przeczytałam, bo lubię, ale we fragmencie zamieszczonym w podręczniku znalazłam bardzo interesujące zdanie i doszłam do wniosku, że ludzie renesansu byli bardziej otwarci i tolerancyjni niż teraz, współcześnie.

"Wolność religijną ustanowił Utopus [...], ponieważ takie zarządzanie uważał za korzystne dla samej religii; w tych sprawach nie przesądzał on nigdy niczego pochopnie, jak gdyby nie miał pewności, czy sam Bóg nie podaje ludziom odmiennych wierzeń religijnych, pragnąc, aby w rozmaity sposób oddawano Mu cześć."

Wiadomo, że odrodzeniowcy opierali się głównie na antyku dodając od siebie nietoksyczną wiarę w Boga (bo w średniowieczu to normalnie od pobożnych jadem na kilometr jechało). Powstało idealne połączenie człowieka rozumnego, pragnącego zgłębić tajniki i tajemnice świata, wgryźć się w każdą znaną dziedzinę wiedzy, rozebrać ją na kawałeczki i delektować się każdym kęsem, doskonalić swoje rzemiosło, by doprowadzić je do perfekcji i, szanując wszystkich Geniuszy antycznych, próbować nie tylko im dorównać, ale przewyższyć. Całkowitym przeciwieństwem byli zacofani średniowieczniowcy, zadufani, naburmuszeni, widzący tylko korzyści materialne w Bogu - mam wrażenie, że ta wiara na pokaz była, zupełnie, jak współcześnie; żerujący i pasożytujący na chłopach i mieszczaństwie. Wszystkie "teorie" i inne "wynalazki rozumne" średniowiecza totalnie nie przekonują, śmieszą swoją nielogicznością, zacofaniem, brakiem krytycznego spojrzenia, taką bezmyślnością! No i do czego zmierzam? A no do tego, że w średniowieczu nie zastanawiano się wiele nad funkcjonowaniem państwa. Równość, którą głosi Biblia, totalnie nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości (trzeba jedynie zwrócić honor Franciszkowi z Asyżu, jedynemu skromnemu i... uroczemu człowiekowi tamtych czasów). Danse macabre nie tykamy tera palcem. Wyzysk - aby rycerstwu i duchowieństwu złoto przez palce się przelewało, a chłopom co najwyżej wrzody od pracy na dłoniach wyskakiwały. Natomiast w epoce rozumu, wiedzy i równości zaczęto podejmować próby stworzenia idealnego, choć wyimaginowanego, państwa, raju, utopii, krainy mlekiem i miodem płynącej. Z naszej perspektywy jest to naiwne, ale świadczyło o empatii i dostrzeżeniu czegoś jeszcze poza końcem własnego skarbca.

I teraz pytanie: w jakiej epoce żyjemy? Rozumu czy religii? Kto ma większą władzę? Jaki sektor społeczeństwa dominuje w strukturze państwa? Czy akceptacja Innych jest na porządku dziennym? Spoko wodza, nie łamcie se głowy, zastanowię się i kiedyś o tym napiszę ;3

poniedziałek, 9 marca 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #6 | Almanach i wizja świata postapokaliptycznego

Człowiek zrobi wszystko, żeby się nie uczyć. Krąży wokół pokoju i liczy pajęczyny na ścianie i uwięzione na nich stworki, sprząta pokój, czego normalnie nigdy się nie podejmuje czy znajduje inne twórcze zajęcia w postaci drzemek, gier komputerowych, książek, które do niczego się nie przydadzą. Tak, to są sposoby na omijanie podręczników szerokim łukiem.

Wiem, powinnam się wziąć za siebie, przestać się staczać z górki jak beczka, bo matura za rogiem, a zadanka z biologii się same nie zrobią. Nie wspominając o tym, że są w pędzla trudne, dziwne, pogmatwane, a klucz odpowiedzi ograniczony totalnie, że nie wiesz, jak masz odpowiedzieć, by zaliczono. Raz odpowiedz musi być rozwinięta, dokładna, a w innym zadaniu podobnej treści należy wypisać ogólniki.

Ale ja nie o tym dzisiaj. Czytam sobie zbiór opowiadań fantastycznych, a tam kolejna intrygująca i dość... obrzydliwa wizja świata postapokaliptycznego. Jagannath zawarte w Almanachu fantastyki z 2013 roku napisane zostało przez Karin Tidbeck. Zna ją ktoś? Ja też nie.



Rzecz w tym, że sama wizja jest kontrowersyjna i co najmniej zaskakująca - podczas czytania wypadają ci oczy, bo nie wierzysz w to, co czytasz.

Po krótce, główną bohaterką jest Rak, kolejne dziecko Mamy, które przyszło na świat jak grono innych - spadło z "tuby porodowej", wielkiej rury umieszczonej w górnej części... hmm... tego czegoś. Tym czymś jest Matka - stonoga, a raczej jej wnętrze, to w nim egzystują ludzie, głównie samice, które mają rangę robotnic - są silne, utuczone (za sprawą śluzu ze ścian wewnętrznych, którym żywili się ludzie). Obsługują Matkę jak jakiś mechanizm. Chłopcy rodzą się słabi, ale za to z tęgim umysłem, mają bowiem inne zadanie - będą siedzieć w głowie matki (jak w jakimś kokpicie) i sterować nią. Porody odbiera Papa, pomarszczony staruszek, całkiem intrygująca postać, ale o tym później. Gdy Rak jest dorosła, nowe dzieci się nie rodzą od dłuższego czasu, a jak się rodzą, to są okropnie zdeformowane i umierają po chwili. Rak, wbrew panującym zasadom, udaje się do głowy, by zobaczyć, co się dzieje z chłopcem sternikiem, który nie daje znaków życia. Okazuje się, że on umarł i Matka też nie czuje się najlepiej, więc kobieta wciska się w małe siedzonko (chłopcy to chucherka) i przez jakiś czas rozmawia z Matką. Oczywiście stało się to, co miało się stać, czyli Matka umarła, Rak wychodzi z głowy i widzi, jak Matka pochłania nieżyjące robotnice, znowu stają się jednym organizmem, wszędzie śmierdzi rozkładem ciał, więc Rak znowu łamie zasady i wychodzi z Matki, na świat. Nie powiem jak się skończyło, ale jeśli jesteś inteligentny, to się domyślisz.

A teraz czas na pytania.

Skąd, u licha, ludzie wzięli się w gigantycznych stonogach?
Z tego co dobrze przeczytałam i zapamiętałam w przerwach na wkładanie sobie oczu do głowy, to że Ziemia nie była już dobrym środowiskiem dla ludzi, więc dopóki nie poprawi się na niej sytuacja klimatyczna, środowiskowa, to ludzie będą żyć w stonogach.

Hmm, struktura hierarchii w Matce przypominała te w mrowisku - dominują kobiety, pracują wszędzie i przy wszystkim - są wielkie i tłuste, obżerają się przepyszną wydzieliną Matki, pracują i śpią.

Sama Matka jest naprawdę jak matka, nie jak jakiś zimny, wielki potwór. Troszczy się o swoje dzieci, ma łagodny głos, chce zrobić dla nich wszystko. Dopóki żyje, uczy Rak świata, poznania, pociesza, gdy kobieta się boi. Lecz jest od nich... taka oddalona. Nie wie, ile dzieci ma, nie zna ich imion, są jej podtrzymywaczem życia - a ona ich, czyli żyją w symbiozie.

Papa to ciekawy osobnik - nie wiem, skąd się tam wziął starszy pan, ale jest ucieleśnieniem takiej prawdziwe, przedapokalipsowej miłości do dzieci. Odbiera porody, nadaje imiona dzieciom i pamięta wszystkie po kilkunastu latach! Umarł wraz z Matką - chyba ją kochał, bo w czasie śmierci przytulał się do jej wnętrzności. Wydaje mi się, że był jednym z ludzi, którzy pamiętają czasy życia na powierzchni, ale trochę o nich zapomniał - została tylko miłość i troska do dzieci.

Sam tytuł odwołuje się do bóstwa wisznuickiego (wikipedio, nie zwiedź mnie), mniej dokładnie hinduskiego, określanego jako Pan Świata.



Hmm, myślę, że śmiało możecie lecieć do księgarni lub biblioteki i szukać Almanachu - jest multum ciekawych opowiadań, z puentą i jakimś sensem - świetny jest Szczęśliwy Człowiek - wizja piekła i życia na ziemi po śmierci, jaką cenę za to płacimy i z jakimi demonami przyjdzie się zmierzyć - totalnie zaskakujące, Nowa dusz cesarza - jedno z tych tasiemcowych opowiadań, w takim chińskim klimacie (przynajmniej takie wrażenie odniosłam), o tym, czy przestępca naprawdę jest przestępcą, czy tylko władza chce mieć kontrolę nad piekielnie uzdolnionymi ludźmi, by nie zagrażali pozycji w hierarchii, Gołąbek - świat złagrowany.



piątek, 9 stycznia 2015

Jak zostać nieśmiertelnym #8 | Miłość w rytmie skurczu mięśni

Pewnego dnia Mięsień się rozluźnił. W głowie jego Miozyny, który jest głównym bohaterem tej historii, było tylko małe, żółte, słabe ADP. Towarzyszyła mu nieważna w tej historii Reszta Kwasu Fosforanowego, z resztą, nic nowego. Miozyna była nieszczęśliwa, ponieważ cały czas nad jej głową wypełnioną małym, żółtym, słabym ADP wisiały gęste chmury Aktyny owinięte Tropomiozyną. Nasz Miozyna nie wiedział, że jego przeznaczeniem jest spotkanie się z Aktyną, jeszcze nie jego ukochaną. Ustawicznie przeszkadzał mu w tym właśnie ten diabelski, zakochany w Aktynie zazdrosny Tropomiozyna.

Nagle z nieba spada wybawiciel - Goku w postaci Jonu Wapnia, który wraz z Troponiną (takim małym zwierzątkiem przyczepionym do Tripomiozyny) odciągają zawziętego Tropomiozynę od Aktyny. Wtedy Miozyna spojrzał na rozjaśniające się niebo, dojrzał piękną Aktynę i od razu się w niej zakochał. Ze wzajemnością oczywiście. Głowa Miozyny i chmura Aktyny połączyły się w akcie miłości. Zawstydzona Reszta Kwasy Fosforanowego uciekła.

ADP idzie w ślady Reszty Kwasu Fosforanowego, co powoduje zatrząchnięcie się światem Miozyny i Aktyny. By nie wpaść w powstałe dziury po trzęsieniu, Miozyna ucieka w bok głową z połączoną z nim Aktyną, co ratuje ich przed śmiercią.

Krótka, lecz namiętna miłość Miozyny i Aktyny nie przetrwała kataklizmu w mięśniu. Rozgoryczony i rozzłoszczony Miozyna spotkawszy ATP na swojej drodze rozszarpuje go na kawałki ADP. Cykl się powtarza, seryjny lowelas Aktyn i rozpruwacz ATP nadal na wolności, działa zawsze w taki sam sposób. Rozkochuje w sobie Aktyny, łączy się z nimi i rozkłada ATP na czynniki pierwsze i robi sobie z nich niewolnika.