Zwykle odgrzewanie kotleta po raz enty skutkuje niestrawnością i niezdolnością do dalszej konsumpcji - pojawiają się odruchy wymiotne, drgawki i piana z usta. Jest jednak pewien rodzaj kotleta, który można odgrzewać w nieskończoność, nie nudzi się, ba, pojawiają się coraz to nowe skojarzenia i przyzwyczajamy się do tego smaku, który z czasem zaczyna kojarzyć się z utraconymi latami, pewną nostalgią, mimowolnym uśmiechem na ustach. Mowa oczywiście o sadze
Harry Potter.
 |
| Każdy pozna tą czcionkę : > |
Dla jednych totalna dziecinada, dla innych kwintesencja dzieciństwa, tych dobrych lat 90'. Nie wiem jak Wy, ale ja robię sobie, co mniej więcej 2-3 lata, odświeżenie pamięci i poświęcam cały tydzień wakacji na ponowne przeczytanie sagi - parę dni temu skończyłam ostatnią część trzeci raz i, pomimo moich prawie 20 lat na karku, cały czas świetnie się bawię przy tej pozycji, a siedzę w tym uniwersum po uszy już ponad 10 lat. Nie wiem, czy to przez to, że saga jest świetna i wdarła się w ten kanon, stała się niedoścignionym wzorcem, czy przez głupi sentyment, którego mam w sobie aż nadto.
 |
| Czy tylko ja wolę to... |
 |
| ...od tego? |
Nie chciałabym potraktować mojego ulubionego uniwersum po macoszemu, więc, myślę, że rozmyślania i rozważania podzielę na kilka część, w najlepszym przypadku na 2 - dziecięce i beztroskie, rzecz by można, lata i te cięższe, zakrapiane już krwią bohaterów.
Pamiętam, sposób w jaki nabyłam pierwszą część. To było w podupadającym już grudziądzkim Realu (tym markecie).
Kamień filozoficzny w miękkiej okładce dodawany był do dwupaku
CocaColi. To były te lata, jak filmy HP trafiały na polskie ekrany i pierwsze dwie części były dość popularne. Miałam je nagrane na kasetach VHS i to jeszcze z reklamami TVN. Zawsze po powrocie ze szkoły, dzień w dzień, oglądałam je naprzemiennie. Bywały dni, że miałam na 10 do szkoły, to wstawałam rano i miałam seans przed szkołą. Dialogi znałam na pamięć, chodząc w przerwach do kibelka wymachiwałam palcem krzycząc
Wingardium leviosa!, ale niestety, srajtaśma nie chciała unieść się w powietrze. Cóż, pewnie nie tylko ja próbowałam przywołać pilota... W każdym razie, w tamtych czasach, to było coś nowego, fascynującego. Magicznego. Długo uważałam
Komnatę Tajemnic za najlepszą, a to z powodu występującego tam gada, tajemniczych petryfikacji, wkurzającego Zgredka i ogólnego mroku panującego w tej części. Nigdy nie mogłam docenić
Więźnia Azkabanu, niesamowitego przerywnika między walką Harry'ego z Voldim. Teraz widzę, że ta część, z pozoru nic niewnosząca, poszerza naszą wiedzę o rodowód Harry'ego, magiczne stworzenia, zmieniacze czasu, co jest bardzo delikatną sprawą, przenoszenie się do przeszłości - można bardzo szybko zagubić się w takich motywach, lecz Rowling wyszła z tego bez szwanku - nie wiem, jak ona to robi, ale coś, co jest na pograniczu nielogiczności wytłumaczy w mniej lub bardziej spójny sposób.
Te części są idealne dla 9-10 latków, oczywiście takich, które nie przestraszą się na widok trzystustronnicowego "tomiszcza". Rowling pisze w sposób prosty, niewymagający, lecz dobiera słowa w taki sposób, że możemy bez zbędnych, ciężkich tolkienowskich opisów wszystko sobie wyobrazić, wyczuć, poczuć się, jakby to Hogwart faktycznie był naszym domem :)
 |
| Aż się łezka w oku kręci :3 |
Cóż, na początku koncepcja tego posta wyglądała inaczej, ale co można nowego powiedzieć o tak nam dobrze znanych trzech pierwszych częściach HP - przecież nie będę pisała recenzji... To była taka luźna pogadanka o tym, co kocham od ponad 10 lat, jestem starym koniem, a wciąż patrzę bezkrytycznym okiem na HP. Teraz czytałam, aby doszukać się jakichś luk, dziur fabularnych, ale w książce ich nie zauważyłam. Więc...
Nox!