niedziela, 16 sierpnia 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #10 | Stary Harry...

Zwykle odgrzewanie kotleta po raz enty skutkuje niestrawnością i niezdolnością do dalszej konsumpcji - pojawiają się odruchy wymiotne, drgawki i piana z usta. Jest jednak pewien rodzaj kotleta, który można odgrzewać w nieskończoność, nie nudzi się, ba, pojawiają się coraz to nowe skojarzenia i przyzwyczajamy się do tego smaku, który z czasem zaczyna kojarzyć się z utraconymi latami, pewną nostalgią, mimowolnym uśmiechem na ustach. Mowa oczywiście o sadze Harry Potter.
Każdy pozna tą czcionkę : >

Dla jednych totalna dziecinada, dla innych kwintesencja dzieciństwa, tych dobrych lat 90'. Nie wiem jak Wy, ale ja robię sobie, co mniej więcej 2-3 lata, odświeżenie pamięci i poświęcam cały tydzień wakacji na ponowne przeczytanie sagi - parę dni temu skończyłam ostatnią część trzeci raz i, pomimo moich prawie 20 lat na karku, cały czas świetnie się bawię przy tej pozycji, a siedzę w tym uniwersum po uszy już ponad 10 lat. Nie wiem, czy to przez to, że saga jest świetna i wdarła się w ten kanon, stała się niedoścignionym wzorcem, czy przez głupi sentyment, którego mam w sobie aż nadto.
Czy tylko ja wolę to...
...od tego?

Nie chciałabym potraktować mojego ulubionego uniwersum po macoszemu, więc, myślę, że rozmyślania i rozważania podzielę na kilka część, w najlepszym przypadku na 2 - dziecięce i beztroskie, rzecz by można, lata i te cięższe, zakrapiane już krwią bohaterów.

Pamiętam, sposób w jaki nabyłam pierwszą część. To było w podupadającym już grudziądzkim Realu (tym markecie). Kamień filozoficzny w miękkiej okładce dodawany był do dwupaku CocaColi. To były te lata, jak filmy HP trafiały na polskie ekrany i pierwsze dwie części były dość popularne. Miałam je nagrane na kasetach VHS i to jeszcze z reklamami TVN. Zawsze po powrocie ze szkoły, dzień w dzień, oglądałam je naprzemiennie. Bywały dni, że miałam na 10 do szkoły, to wstawałam rano i miałam seans przed szkołą. Dialogi znałam na pamięć, chodząc w przerwach do kibelka wymachiwałam palcem krzycząc Wingardium leviosa!, ale niestety, srajtaśma nie chciała unieść się w powietrze. Cóż, pewnie nie tylko ja próbowałam przywołać pilota... W każdym razie, w tamtych czasach, to było coś nowego, fascynującego. Magicznego. Długo uważałam Komnatę Tajemnic za najlepszą, a to z powodu występującego tam gada, tajemniczych petryfikacji, wkurzającego Zgredka i ogólnego mroku panującego w tej części. Nigdy nie mogłam docenić Więźnia Azkabanu, niesamowitego przerywnika między walką Harry'ego z Voldim. Teraz widzę, że ta część, z pozoru nic niewnosząca, poszerza naszą wiedzę o rodowód Harry'ego, magiczne stworzenia, zmieniacze czasu, co jest bardzo delikatną sprawą, przenoszenie się do przeszłości - można bardzo szybko zagubić się w takich motywach, lecz Rowling wyszła z tego bez szwanku - nie wiem, jak ona to robi, ale coś, co jest na pograniczu nielogiczności wytłumaczy w mniej lub bardziej spójny sposób.

Te części są idealne dla 9-10 latków, oczywiście takich, które nie przestraszą się na widok trzystustronnicowego "tomiszcza". Rowling pisze w sposób prosty, niewymagający, lecz dobiera słowa w taki sposób, że możemy bez zbędnych, ciężkich tolkienowskich opisów wszystko sobie wyobrazić, wyczuć, poczuć się, jakby to Hogwart faktycznie był naszym domem :)
Aż się łezka w oku kręci :3

Cóż, na początku koncepcja tego posta wyglądała inaczej, ale co można nowego powiedzieć o tak nam dobrze znanych trzech pierwszych częściach HP - przecież nie będę pisała recenzji... To była taka luźna pogadanka o tym, co kocham od ponad 10 lat, jestem starym koniem, a wciąż patrzę bezkrytycznym okiem na HP. Teraz czytałam, aby doszukać się jakichś luk, dziur fabularnych, ale w książce ich nie zauważyłam. Więc... Nox!

sobota, 8 sierpnia 2015

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #9 | Loven Lofoten

Jako że ostatnio bardzo dużo podróżuję, głównie od pokoju do lodówki, postanowiłam wybrać się na trochę dłuższą wyprawę, a mianowicie do Norwegii na Lofoty. To pierdyliard małych, skalistych wysepek wyłaniających się z mórz, oddzielonych przez jeziora, rzeczki, stawy, kałuże, wodospady i wodospadziki. Trafiłam akurat na jasne noce, czyli na ten półroczny okres, kiedy dzień jest dłuższy od nocy albo całkowicie go eliminuje. Tata odebrał nas (mnie i moją mamę) z lotniska Evenes o 22, a do Svolvar, w którym mieszka mój ojciec, jedzie się jeszcze małe 2-3 godzinki. O tej porze roku laik nie jest w stanie odróżnić dnia od nocy. Kiedy dotarliśmy na miejsce o około 1 w nocy (czas taki sam jak w Polsce), słońce dawało czadu po oczach i śmiało można by było się opalać.

To, bodajże, główna ulica w Svolvar.


Wracając do lofotowej drogi. Widoki są po prostu niesamowite. Jeziora, góry, słońce nieśmiało wyglądające zza wzniesień. Często przejeżdża się tunelami, jeden jest nawet po wodą! Na poboczach renifery i łosie. Jest to klimat umiarkowany chłodny, więc wszystkie roślinki, które u nas kwitną w kwietniu, tam zaczynają dopiero pod koniec czerwca/na początku lipca. Poznać to można po moim czerwonym nochalu i po gilach wdzięcznie cieknących z nosa. 

Ten placyk pełni funkcję ryneczku - jest tu jedzonko, pamiątki, ale strasznie drogie, więc nie opłaca się kupować. Jest to też istna Wieża Babel - można tu spotkać tak wiele narodowości - od Niemców, którzy są tu już normalnością, po Chińczyków.


Sama miejscowość lub mieścina, jest niewielka. Zamieszkują ją nie więcej jak 5 tysięcy mieszkańców, z czego Norwega szukać ze świecą. Podczas pierwszego spaceru wypadały mi oczy ze zdziwienia, że jest tam tak dużo czarnych i brązowo-żółtych. Nawet nad nami mieszkali Rumuni. Polaków też niczego sobie - gdy poszłam kupić bilet do muzeum lodu, chciałam pochwalić się swoim angielskim i się produkowałam, pot ciekł mi strugami po skroniach, po czym okazało się, że pan sprzedawca to Polak... Poza tym, ludzie są bardzo mili, kulturalni, nie stresują się, żyją spokojnie, tak zwane 'no stress'. Mają, delikatnie powiedziawszy, wyjeb***. Polacy powinni się uczyć od Norwegów kultury na drodze, którzy zawsze, gdy tylko widzą zbliżającego się przechodnia do jezdni, zatrzymują się, cierpliwie czekają, nie wyzywają, nie próbują go przejechać, nie pokazują środkowych palców, tylko siedzą za kółkiem i się uśmiechają. Idąc górskim szlakiem, każdy Norweg pozdrawia cię serdecznie dźwięcznym 'hello' lub 'hi'. A co do gór, jeden szczyt został wdzięcznie przez Polaków nazwany Zębami Teściowej.

Sławne Zęby Teściowej.
Te ptaki mutanty są ze 3 razy większe od naszych bałtyckich mew. I robią z 3 razy więcej hałasu. I kup.

Norwedzy nie znali słowa "kradzież", dopóki nie zaczęli przyjmować obcokrajowców, w tym głównie Polaków, którzy nauczyli ich znaczenia tego wspaniale brzmiącego po polsku terminu. Pootwierane garaże i domostwa nocą i samotne rowery na chodnikach pozostawione daleko od domu to tylko kropelka w morzu norweskiego zaufania i niewinności. Oczywiście zaufaniem tym obdarzają tylko rodaków, a Polacy niezaprzeczalnie nie są traktowani jak rodacy. Było parę wydarzeń, których głównymi bohaterami byli właśnie Polacy nieznający zasad panujących w tym prostym kraju. A tu zaiwanili rower, bo myśleli, że ktoś go porzucił, a tu zawitali w czyimś garażu, bo w nim światło się paliło w nocy, a to oznaczało "bierz co chcesz".

Te czerwone klocki to domki letniskowe. Mają swoją nazwę, ale już nie pamiętam :D


Turystów na północy Norwegii poznasz od razu - podczas 14-sto stopniowych "upałów" Norwedzy wskakują w odzież letnią, często krótkie rękawki, spodenki, chodzą nad jezioro i się kąpią. Podczas spaceru ubrałam kurtkę zimową, a że piździło jak w Kieleckiem, przysłoniłam uszy kapturem i udawałam człowieka lodu. A obok mnie, norweskie dziecioki, skaczą z głazu do krystalicznie czystej wody. Pospiesznie zdjęłam kaptur.

Ta kręta droga prowadzi na szczyt góry, na który wtedy zmierzałam. 
To szczyt tej góry. Niestety, mój wrodzony lęk wysokości nie pozwolił mi na niego wejść, gdyż przejściem była kładka metr na metr, a pod nią urwisko. Więc stałam przed szczytem. Widoki przednie.


Odczuwalna temperatura zmienia się bardzo szybko, kiedy zajdzie słońce i wieje, momentalnie robi się -1000 stopni, natomiast gdy słoneczko wyjdzie zza chmur i przechodzi się między domami, gdzie wiatr nie dosięga, obciekasz potem, bo wcześniej założyłeś kurtkę zimową.

Gra o Tron VI: Lodowy Król


I to tyle, tego posta pisałam ponad miesiąc, nie mogłam wymęczyć ostatnich 2-3 akapitów, więc początkowy zamysł odszedł w niepamięć i nigdy nie wróci. Norwegia tylko dla morsów!

Najlepszą atrakcją było pójście do akwarium w Kabelvag. Nie mieli zbyt wielu okazów, ale samo to, że mogłam sobie pomacać jeżowce i rozgwiazdy, było milusie :3 Na zdjęciu flądra.


Ostatniego dnia pojechaliśmy na plażę. Oczywiście powstaje ona podczas odpływów - multum ludzi rozbija namioty na wielkich skałach i smażą się na nich jak na patelniach.