sobota, 20 grudnia 2014

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #5 | Pora na przygodę #1

Jako człowiek infantylny, jarający się wszystkim co dziecinne, nie mogłam przejść obojętnie obok serialu Pora na przygodę. Z początku wydawało mi się, że to kolejna zabawna, zaskakująca kreskówka z intrygującymi bohaterami. Jednak z czasem zaczęła zasiewać niejaki niepokój w moim sercu. Świat był zbyt... niewinny. Sięgnęłam po komiks, za który jestem dozgonnie wdzięczna Studiu JG. Pięknie pachnie!

Okładka pierwszego tomu, cała obsada i parówkowy żołnierz!


Hmm, szczerze, to spodziewałam się narysowanego serialu, przeniesienia odcinków na karty komiksu. Nie stało się tak. W pierwszym tomie od razu zaczynamy od Króla Złego, który przebudza się i za pomocą worka wsysającego niszczy świat. Typowa historia dla tego uniwersum. Ale ale! Po analizy kilku obrazków zaczęłam zastanawiać się, skąd wzięła się ta cała kraina Ooo. Te wszystkie dziwne, zatrważające stwory, ich moce i osobowość... Przekrój ziemi. Tak, on spędza sen z powiek i zmusza do rozważania na temat powstania poranaprzygodowego świata. Jedna z moich teorii mówi, że wszystkie ery, era trylobitów, dinozaurów, ludzi zostały zgładzone przez ów worek. W najwyższej przysypanej warstwie można znaleźć twory ludzkie: samochody, szkielety, bomby atomowe. Worek wsysając i wyrzucając zawartość naturalnie wszystko miesza i najwyraźniej cały świat ludzki wsysnięty wcześniej prawdopodobnie z inicjatywy Króla Złego albo... pewnej osoby (jak przeczytacie, to się dowiecie) uległ zniszczeniu. No i z ludzi został tylko Finn. Tylko ta teoria jest niedopracowana, bo jak Finn miałby przeżyć kilka tysięcy lat? Hibernacja? Druga teoria wydaje się bardziej prawdopodobna, mianowicie ludzkość sama się wybiła poprzez wojny (o czym świadczy piękna bomba atomowa zakopana w ziemi), zginęła jak każda dominująca przez pewien okres rasa. No i jakoś to wszystko ewoluowało (jak zawsze) i stało się doskonalszymi formami życia, połączeniem ludzi z przedmiotami. Jeśli macie jakieś teorie albo znacie coś z serialu, bo kilka odcinków na pewno nie widziałam, piszcie i mnie sprostujcie :) Może wszystko się wyjaśni. W każdym razie, kraina Ooo to po prostu ziemia, kolejna era po ludziach. I tej wersji będę się trzymać.

Krótko dzisiaj, pisałam na świeżo podniecona nowym tomem, ciągle z głową w tym uniwersum. 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Jak zostać nieśmiertelnym #7 | Absurdalny żywot zombie - uniwersum TWD

Zombie, robisz to źle!

Od jakiegoś czasu mój umysł zalewany jest bzdurnymi przemyśleniami i refleksjami na temat chodzących trupów. Wszyscy podniecają się tymi kreaturami (ja również) i bynajmniej nie chodzi mi o nekrofilię. Zombie zalewają i dominują cały rynek "kultury" światowej. Ludzie kochają obrzydliwe, ohydne, zatrważające, przerysowane, groteskowe rzeczy, więc twórcy wiedzą, jak zapewnić sobie dostateczny dopływ gotówki na konto.

By światłość umysłu nastała, wspomnę, Drogi Ignorancie, że pojęcie zombie pochodzi z voodoo i nie oznacza bezmózgiego trupa wyżerającego mózgi. Jak pragniesz dowiedzieć się więcej na ten temat, polecam wikipedię, na którą zajrzałam przed sekundą, by mieć pewność, o czym piszę :) Szczerość to podstawa!

Jako że "uczę się" rozszerzonej biologii i jestem człowiekiem z natury dociekliwym, ciekawskim i do bólu drążącym pewne tematy dopóki nie usłyszy satysfakcjonującej odpowiedzi, rozmyślam o zombie na podłożu biologicznym. Czy taki stwór może mieć miejsce wśród ludzi?

Najczęstszymi powodami powstania zombie jest oczywiście: testowanie nowej broni biologicznej (Resident Evil: Marhawa Desire, manga Capcomu z najbardziej chamskim zakończeniem, jakie dane mi było poznać - trollowanie Prusa to przy tym pikuś), epidemia choroby (Wiecznie żywy, Dead Island - całkiem dobra polska gierka) czy jak w pierwowzorze George'a Romero Noc żywych trupów ciul wie jakie promieniowanie.

Zacznijmy od tego, że wszystkie poznane dotąd zombie nie mają prawa bytu. Naprzykładowo takie truposzki z TWD: w którymś odcinku pan lekarz mówi istnieniu zombie z perspektywy naukowca. Po śmierci aktywuje się (sam z siebie) pień mózgu, który odpowiada za instynkty. Człowiek staje się zwierzęciem niezdolnym do najmniejszego myślenia - taką dżdżownicą, żyć aby przeżyć. No niby na siłę się zgadza, ale przecież do prawidłowego działania mózgu (wiem, w przypadku zombie nie ma prawidłowego działania mózgu) potrzebny jest tlen dostarczany przez pompujące serce. Nie ma serca, nie ma mózgu. Obalone. Dobra. A kwestia głodu? Ośrodkiem odpowiedzialnym za odczuwanie takich potrzeb jest międzymózgowie, czyli część mózgu, czyli nie pień mózgu. Po co takie zombie je, skoro nie czuje głodu? No i nie robi kupy. Gdzie takie zombie mieści to całe cieplutkie miąsko, skoro układ pokarmowy mu nie funkcjonuje? Napcha się, żołądek pęka i mu wypada? Rozumiem, że człowiek niezdolny do myślenia i odczuwania jakichkolwiek emocji to zwykłe chodzące mięcho. To po kiego grzyba rzuca się na żywego i zdrowego osobnika? Co mu to da, skoro taki zombie i tak nie trawi i nie przyswaja składników odżywczych? Do poruszania całego ciała potrzebny by był cały ośrodkowy układ nerwowy, czyli wszystkie te nitki. No i rdzeń kręgowy, który te informacje rozsyła po całym ciele. Zombie w uniwersum TWD powinno leżeć i się nie ruszać, nie jeść. Nie powinien dawać żadnych znaków życia, chyba że komuś chciałoby się zbadać aktywność jego mózgu, co by na pewno tę osobą bardzo zdziwiło, ale nie zagrażało jej życiu.

Zabijanie zombie też jest zabawne. Pień mózgu leży delikatnie nad karkiem, a w serialu wystarczy wbić coś w martwe już kresomózgowie (pień ma się dobrze) i w magiczny sposób zombie odchodzi z tego świata. Ale to już niedopatrzenie twórców, które razi w oko widza.

Pewnego dnia stworzę doskonałe zombie i prześlę wam przepis, to sobie zrobicie domowe zwierzątko takie jak Fido : > 

sobota, 15 listopada 2014

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #4 | The Walking Dead

Z powodu ostatnich sennie i nużąco spędzonych dni postanowiłam zająć się czymś twórczym. Podjęłam się hodowli marchewki (tak, jednej, po co więcej ma cierpieć) w przydomowej szklarni z folii, zapisałam się na kurs astronauty, postanowiłam wzbogacić mój język angielski uczęszczając na korki, kupiłam gitarę i brzdękolę sobie na niej, zaczęłam też dbać o sylwetkę i ćwiczę sobie w domowym zaciszu.
Hahaha, tak :D
Chociaż jedną z tych rzeczy zaczęłam...

W każdym razie, pewnego wieczora nudziło mi się niemiłosiernie. Wylegując się na kanapie obejrzałam spot reklamujący kolejny głupawy serial, tym razem o apokalipsie zombie - wszystkim chyba dobrze znane The Walking Dead. W trybie błyskawicy pobiegłam do swojego pokoju i zwalczając rodzącą się zadyszkę włączyłam pierwszy odcinek. A czemu? Bo lubię zombie.



Serial nieźle mnie pochłonął, zabrał ze świata żywych na dobry tydzień. Obejrzałam wszystkie odcinki, jakie dotychczas wyszły. Nie żałuję poświęconego (czyt. zmarnowanego na głupoty) czasu, który mogłam spożytkować bardziej produktywnie, np. ucząc się do matury. Albo w ogóle się ucząc.

Mam problemy z pamięcią, więc opisując mogę się ździebko pomylić. Aha, jeśli nie oglądałeś/aś, a masz zamiar to zrobić w przyszłości, czytasz dalej na własną odpowiedzialność.

Pierwszy sezon był naprawdę dobry. Szybka, wartka akcja, bohaterowie z intrygującymi charakterami, historiami (oczywiście nie wszyscy). Zaczynając od Ricka, głównego bohatera. Początkowo go nie lubiłam. Był zbyt mdły, miękki, nie potrafił podjąć odpowiednich decyzji, często i gęsto wahał się - w przeciwieństwie do jego przyjaciela, Shane'a, który pokazał pazurki w 2. sezonie. Zestawieni na podstawie kontrastu. Rick - obrońca uciśnionych i Shane - egoistyczny dupek, który pod przykrywką "dobra grupy" próbował wyciągnąć jak najwięcej korzyści dla siebie (czyt. chciał kopulować z żoną Ricka). Na szczęście dzieje się, co się dzieje, Rick się zmienia, Shane też, if you know what I mean.
Ku ścisłości, Ricka polubiłam dopiero pod koniec 4. sezonu. Facet ma jaja!

Wielką przemianę widać też u syna szeryfa, Carla. Początkowo wymoczek, traktowany jak dziecko, musiał liczyć na obronę innych, bo mamusia nie pozwalała mu nosić żadnej broni. Później dorósł psychicznie do sytuacji, stał się odpowiedzialny, chronił innych. Domagał się traktowania na równi z dorosłymi.

O kobiecie Ricka nawet nie będę się wypowiadać, bo głowa mnie boli, a to tylko wzmoży w niej ciśnienie . Jestem szczęśliwa, że moje życzenie się spełniło.

Prawdziwa miłość ;|

Postacią niewątpliwie zasługującą na sympatię widza jest Daryl, facet z kuszą, niepodważalnie najsilniejsze i najmądrzejsze ogniwo w grupie. Na początku facet na posyłki Ricka, arogancki, brutalny, pod wpływami starszego brata Merle'a, gościa z największymi jajcami w tym serialu, zmienia się, staje się ważnym, respektowanym członkiem grupy. Wiele osób uważa, że to on powinien dowodzić grupą, ale myślę, że nie powinien. Jest raczej typem cichacza, samotnika. Często sam gdzieś podróżuje, poluje. Buszmen. Nie wiem, czy mógłby cały czas przesiadywać wśród ludzi jak Rick. Jeśli uśmiercą tą postać, kończę oglądać TWD - będzie tak samo jak ze śmiercią Rity w Dexterze - serial sięgnie dna.

Drugą nieśmiertelną postacią powinien być Glenn, Koreańczyk. Poznajemy go w 1. odcinku jako chłopca, który potrafi być tylko mały i szybki. Mężnieje z odcinka na odcinek. Uśmiercają - nie oglądam.

Inne ciekawe postacie to Carol, kobieta, która zmienia się nie do poznania (myślę, że między nią a Darylem coś się dzieje), Michonne, murzynka z kataną o dzikim spojrzeniu, znak rozpoznawczy - zombie na smyczy, no i mała słodziutka Judith :)

Serial nie jest idealny, ma kilka dziwnych scen - szczególnie pod tym względem niedociągnięty jest 3. sezon z nieśmiertelnym Gubernatorem w roli głównej. Pamiętacie, jak gonił Andreę? Ona mogła wziąć jego samochód - a głupia tego nie zrobiła. Ucieka, zostawiając tego mężczyznę otoczonego zombie - czyli normalnie albo by ją bardzo późno dogonił, albo wcale (z wiadomych powodów). Gubernator pojawiał się jak rycerz na czarnym koniu, gdziekolwiek się nie znalazł, siał strach i spustoszenie.

Nie znam się na filmach, umiem tylko podbijać świat. Ten serial podsunął mi kilka ciekawych pomysłów dotyczących funkcjonowania ciała po śmierci. Ale przyniósł też wiele pytań, które wiercą mi mózgownicę w poszukiwaniu odpowiedzi. Podzielę się refleksjami na temat wszelkiej maści zombie następnym razem (zdaję sobie sprawę, że ten post jest dużo za długi).
Jest też komiks wydawany w Polsce o wdzięcznej nazwie Żywe Trupy, ale cena odstrasza, więc raczej się nie skuszę.

Po seansie wiem, że jestem przygotowana na każde zetknięcia i starcia ze Szwendaczami!

wtorek, 21 października 2014

Jak zostać nieśmiertelnym #6 | Ojciec Nemo był kobietą

Kilka lat temu bardzo sławną i cenioną produkcją stał się film animowany Pixara i Disneya "Gdzie jest Nemo"  (kiedy ze szkołą miałam iść na ten film do kina, zarzygałam w domu całą łazienkę i nie poszłam ;C) przedstawiający zmagania małej rybki imieniem Marlin, która poszukiwała swojego jedynego, zdeformowanego i zmutowanego syna Nemo porwanego przez krwiożerczego człowieka i uwięzionego w akwarium dentysty.

Tutaj Marlin powinien zmienić płeć.
Ku ścisłości, Marlin to był mężczyzna, ojciec, a przynajmniej tak go przedstawiano w filmie. Bardzo waleczny, odważny, oddany i zawzięty. Jak na zwykłego błazenka, amfipriona, odznaczał się niespotykaną inteligencją, walecznością, odwagą, oddaniem, zawziętością i... męskością.

Z tą męskością u błazenków to różnie bywa. Poczytawszy trochę o tych rybach i dowiedziawszy się paru, a mianowicie jednego, przerażającego faktu, dzieciństwo przebiegło mi przed oczami, legło w kopalnianych gruzach podświadomości. To całe męstwo Marlina nie było już takie wiarygodne.

W naturalnym środowisku~~!

Otóż wszystkie błazenki rodzą się... mężczyznami. Dopiero w późniejszych stadiach rozwoju można zauważyć dosyć widoczny dymorfizm płciowy. Samicami stają się osobniki większe, osiągające do 14 cm długości. Samce przy nich to małe knypki, pełniące funkcję pachołka, są dwa razy mniejsze od samic. Kobiety błazenki przyjmują ciemne ubarwienie, podczas gdy mężczyźni pozostają czerwoni. Jak to wśród ludzi, samce, których przeznaczeniem jest zamiana w kobietę, są bardziej agresywne od tych mniejszych. W tym związku to samica chodzi w spodniach. Tatuś ryba trzącha płetwami ze strachu, mamusia chodzi na zwiady, a tatuś zostaje w ukwiale i opiekuje się małymi samczymi jajeczkami wraz z niepłodną samczą gwardią.

Błazenki łączą się w pary na całe życie. Są pełną rodziną dla swoich ikrowych, nienarodzonych jeszcze dzieci. W ukwiale, w którym mieszkają, rządzą jako para aktywnych seksualnie błazenków, szefują rybom, męskim, niezdolnym do rozrodu amfiprionom, które zajmują się ich ikrą. Gdy kochająca rodzina się rozpada, czyli gdy mama umiera, tata musi porzucić swą męską dumę i przyodziewa damskie barwy, i zaczyna rodzić dzieci, znaczy składać ikrę. Możliwe, że wiąże się to z ich silnym przywiązaniem do własnego terenu. Nie chcą oddawać go innym rybom. Ale jak tata samica (która była mężczyzną) później zachodzi w ciążę bez partnera? Otóż każdy bezpłodny samiec zamieszkujący ten konkretny ukwiał, który niańczył niesforną ikrę szefostwa, członek gwardii samczej, staje się potencjalnym kandydatem dla samicy. Zostaje nim najwyżej postawiony w hierarchii osobnik.

Mały test: który błazenek jest kobietą?

Zostawiając już w spokoju ich hermafrodytyzm sekwencyjny należy wyjaśnić pewną kwestię. Jak to się dzieje, że zamieszkujące ukwiały amfipriony nie są zabijane przez te osiadłe bezkręgowce? Otóż ciało błazenków pokrywa maskujący śluz, dzięki któremu są jak rybie ninja. Ukwiał nic nie podejrzewa i bierze je za koralowce. I tak sobie żyją w zgodzie i symbiozie, w zdrowiu i chorobie... A jednak nie. Jeśli rybka zostanie ranna, wtedy bariera ochronna nie działa na podejrzliwe ukwiały, Taki osobnik ginie na miejscu.

Wszyscy pamiętamy, że Nemo nie miał matki ani rodzeństwa. Zaatakowała i pożarła je wielka barakuda. W takim razie Marlin powinien już dawno przejść przemianę zewnętrzną i stawić czoła swej kobiecej naturze. Ale filmy jak zwykle kłamią i nie warto czerpać z nich żadnej wiedzy.

Ciekawe, czy jego męskie, waleczne serce stałoby się kobiece...

...........................................................................................................
admonish - upomnieć

sobota, 27 września 2014

Jak zostać nieśmiertelnym #5 | Nie tak okrągła piłka i Król Popu

Mundial, mundial i po mundialu... Wielkie BUM! na siatkówkę, która cieszyła się niewielką popularnością. Może dzięki MŚ w końcu się to zmieni i ludzie zaczną doceniać naszych reprezentantów jak i całą PlusLigę.

Wiecie, co mnie denerwuje? Oglądam sobie wieczorne wiadomości sportowe, a tam trąbią tylko o Ekstraklasie (dla totalnych ignorantów: rozgrywki klubowe piłki nożnej, polskiej, dodajmy). Czasami o Tauron Basket Lidze. Choćby żadnego napomknienia o rozgrywkach klubowych siatkówki. Żeby jeszcze nasze polskie kluby piłki nożnej się jakoś wyróżniały na światowym forum. Ale one są przeciętne, jak nie słabe. Jedyną pieśnią, którą mogą śpiewać kibice po meczach, jest "NIC SIĘ NIE STAŁOOO!". Nie wiem, gdzie leży problem szkolenia polskich piłkarzy, przecież to najpopularniejszy sport w Polsce! Istnieje tyle klubów! Dzieci od małego trenują! Myślę, że to nie tak, że nasz naród ma gówniane umiejętności, indywidualnie każdy stoi na wysokim poziomie. Może problem tkwi w tym, że nie są zgrani? Albo polscy trenerzy nie dają rady? W każdym razie, nie widzę przyjemności w kibicowaniu drużynie, która nie odnosi sukcesów. Poza tym, sama piłka nożna jest po prostu nudnym sportem. Według mnie jest mało dynamiczna, może się zakończyć remisem, co jest jednoznaczne z tym, że mecz był monotonny. Boisko jest za duże, za wielu graczy ugania się za tą maleńką piłeczką. No i sławetny teatr. Umiejętności aktorskich piłkarzy nie powstydziłby się nawet pan Krzysztof Ibisz (z całym szacunkiem, ale aktorem jest słabawym).

Memoriał Wagnera 2014, mecz Polska - Bułgaria. Co prawda przegraliśmy 2:3, ale mecz był bardzo zacięty i pasjonujący! Dla takich meczów warto przychodzić na stadion!
Natomiast w siatkówce nie ma remisów! Sytuacja może zmienić się bardzo szybko, to sport w dużej mierze opierający się na sile psychicznej zawodników, jak i całych drużyn, stopnia zgrania i dokładności. Jeden zły odbiór piłki i drużyna traci punkt. Jedno złe rozegranie (co może być wynikiem złego przyjęcia) i drużyna rozgrywająca traci punkt. Słaby psychicznie atakujący lub przyjmujący i drużyna leży. Nie można polegać na jednym graczu. Taki jeden Ignaczak czy Zatorski nie zdobędzie punktu, choćby bardzo chciał (Igła kiedyś grał na pozycji przyjmującego, czyli też atakował :D). Jak widać, siatkówka to kontaktowy sport, zasady dotyczące odbijania piłek są bardzo restrykcyjne. Sędzia (dobry sędzia, broń Boże irański czy dominikański, if you know what I mean) swoimi bystrymi oczami wyłapie każde podwójne odbicie (czyli zawodnik jakby "łapie" piłkę, dłużej ją przytrzymuje), dotknięcie siatki (liczy się górna biała taśma), przekroczenie linii 9. metra (przy serwie) czy 3. metra (przy ataku zawodnika stojącego przy odbiorze za 3. metrem), przejście dołem (stąpnięcie na połowę przeciwnika stopą, gdy piłka jest w górze) i innych dyrdymałów, których oczy zwykłego śmiertelnika nie zdołają dostrzec. Oczywiście sędziowie też nie są nieomylni, dlatego bardzo dobrym posunięciem było stworzenie systemu challenge. Trener jednej drużyny ma prawo wziąć challenge 2 razy podczas jednego seta. W tym konkretnie określa, czego ma dotyczyć, np. dotknięcia górnej taśmy.
Łoj, chyba za bardzo popłynęłam :D Ale jeśli chodzi o siatkówkę, to Starsza Rasa może mi buty czyścić.

Młodzi dali radę! 
Wracając do wielkiego BUM! na siatkówkę. Podobną reakcję ludzi zauważyłam, gdy umarł Michael Jackson. Przed jego śmiercią wszyscy się z niego naśmiewali, że nie ma nosa (sławny teledysk Eminema), ma problemy ze swoją osobowością i ogólnie jest dziwakiem z Nibylandii. Po jego zejściu rzesza ludzi wcześniej z niego szydzących stała się Opłakującą Armią Jacksona. Podobnie jest teraz. W końcu ludzie zauważyli perełki naszego sportu narodowego (bo jesteśmy niekwestionowanym królem w tej dziedzinie sportu) takie jak stara wyga Wlazły czy Winiarski. "O, nie! Wlazły kończy karierę! Wiem o jego istnieniu od 21 dni, ale już tak bardzo ubolewam, tyle zrobił dla reprezentacji!".
-_-
Ludzie przyprawiają mnie o mdłości. Są tacy fałszywi... I to ich podążanie za modą! Moda na Jacksona po śmierci Jacksona! Moda na siatkówkę po wygranych MŚ! Ale nikt nie pamięta o wygranej Lidze Światowej w 2012 (uważam to za mniejsze MŚ).
Cóż, jak nie skończę, to zacznę psioczyć na Polaków i naszą okropną i obrzydliwą mentalność.

.......................................................................................................................................
death toll - liczba śmiertelnych ofiar

czwartek, 17 lipca 2014

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #3 | Pasta!

Postanowiłam niedobrowolnie odpocząć od komputera, od którego jestem uzależniona. Po kupnie wycieczki, byłam pewna, że będę mogła go ze sobą zabrać, ale niestety zażarta batalia z mamą nie skończyła się moją wygraną... Poległam! Ale wyszło mi to na dobre, bo w hotelu dzieci gimnazjum oblegały WiFi, więc dostanie się do darmowej sieci graniczyło z cudem. Nie musiałam taszczyć dodatkowych dwóch kilogramów.
Zaczęłam tak ni z gruszki, ni z pietruszki i nie podałam podstawowych informacji. Jeśli jesteś bystry (w co nie wątpię, w ogóle), zapewne domyśliłeś się, że byłam w kraju pasty (nie do butów), nieogolonych ciał i pedałów. Tak! Witajcie w Italii!

Cóż, z racji tego, że nie jestem pełnoletnia, byłam zmuszona wyjechać na obóz z różnymi dziwnymi osobistościami. I właśnie te osobistości, ich uczynki i poczynania najbardziej mnie zadziwiły. Były sobie dziewczyny, młodsze ode mnie o 3-4 lata, którym chyba bardzo śpieszy się do życia staruszki, bo nawalały taką ilość tapety na twarz... Najwidoczniej to normalne. Poza nimi, była grupka bardzo intrygujących młodzieńców, którzy okradli przyhotelowy bar z piw, pamiątki "pożyczali" ze stoisk i z jednym kolegą bawili się w "schowaj mi 50 euro i nigdy nie oddaj". Wszędzie panoszyło się chamstwo i protekcjonalność.
A teraz ta przyjemniejsza część :)

Pierwsze kilka dni po morderczej podróży autokarem wypełnionym nieumytymi bachorami plażowaliśmy w miejscowości o wdzięcznej i uroczej nazwie Cesenatico. Trafiliśmy akurat na różowe dni, jakieś święto związane z rozpoczęciem lata. Wszyscy Włosi i inne nacje, które przybyły nad Adriatyk, miały jakiś różowy element odzienia. Wszędzie można było dostrzec tanie, szajsowate kapelusze za 3 euro, pachnące kurzem łańcuchy z różowymi kwiatuszkami, męskie bluzeczki z dekoltem do pępka. To całe różowe ubranko sprawiało, że i tak już pedałowaci Włosi (grzywy na Zaitseva i dwudniowe zarosty, ewentualnie moda jezusowa) wyglądali na jeszcze bardziej spederaszczonych. Ale tyłki mają ładne.

Plaża w Cesenatico

Różowe noce w tej malutkiej, turystycznej miejscowości.


Jeżdżąc do takich nadmorskich miejscowości wypadałoby znać podstawy podstaw włoskiego, by coś kupić, zamówić kawę lub spytać się o drogę. Włosi za ladą nie potrafią mówić po angielsku! Chyba że jesteś największym szczęściarzem pod słońcem i natrafiłeś na takiego, co potrafi się przedstawić.
Kolejna sprawa. Przy brzegu chodzi wiele czarnoskórych, którzy sprzedają wyroby niewiadomego pochodzenia. Strzeż się ich! Nie muszę chyba przypominać o kieszonkowcach, złodziejach i innych typach spod coraz to bardziej ciemnych gwiazd. W większych miejscowościach, takich jak Rzym, Asyż, Wenecja czy San Marino, nie musisz nawet szkolić się w swoim angielskim. Gdy wysiadłam z autobusu na parkingu w San Marino, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to sklep z wielkim szyldem: SKLEP MONOPOLOWY. Obok znajdowała się PERFUMERIA POLSKA. Idziesz ulicą, ze wszystkich stron słyszysz pokraczne "dzień dobri!".
A to bardzo dziwna rzeźba w San Marino. Po dłuższych oględzinach stwierdziłam, że to orgia komarów.
Wiem, taka ze mnie utalentowana zdjęciorobka.
To także San Marino.
I to też.

San Marino
A ile kasy wytrzepali od tych naiwnych dziewek!
Będąc w aquaparku stwierdziłam, że pomimo końskiej urody, Włoszki są całkiem zgrabne. Mój zachwyt przeminął, gdy podniosły rękę. Gąszcz jak w Nizinie Amazonki! Nieprzemierzone chaszcze i niezdobyte lądy! Maczetą nie poskromisz! I mają wulkany z ropą na plecach.

To natomiast są zdjęcia z Mirabilandii, parku rozrywki. Chciałam pójść na koło młyńskie, ale było zamknięte z powodu wiatru.
Chcesz zostać Miss mokrego podkoszulka? Zapraszam.


A to jest iSpeed, najszybsza kolejka górska w Europie. Podobno. Osiąga do 140km/h. 

 Najstraszniejsza rzecz pod słońcem. Przebija nawet karaluchy.

W takich ustronnych miejscach można se złapać oddech.

O! Tu była świetna zabawa :D Najlepszy dom strachów w jakim byłam.




W Rimini, miejscowości także nadmorskiej, położonej nieopodal Cesenatico, myślałam, że jestem ponownie w Polsce. Włocha nie uświadczysz! Zewsząd tylko polskie kolonie, polscy turyści, polskie autobusy, wszystko polskie! Włocha ze świecą szukać. Podobnie w San Marino, polactwo się rozmnożyło i tam. Natomiast w większych miejscowościach, szczególnie w Wenecji, nagromadzenie Azjatów. Lubią robić zdjęcia blondynom, więc przygotuj firmowy uśmiech.

Wenecja, miasto położone na mulistych wysepkach, bardzo niestabilne.
Nie myślcie sobie, taka podróż jest droga i śmierdząca.

Pan chyba będzie miał ciepłą niespodziankę na głowie.

Miasto zbudowane na pierdyliardzie wysepek.
Odbyłam wycieczkę, którą nazwałam "zapierdzielaj metrem i zwiedź Rzym w  5 godzin". Czułam się jak smażona krewetka i na domiar złego, wszystkie najważniejsze, najpiękniejsze i najsławniejsze budynki, zabytki całe w rusztowaniu! Po co czekać do września z konserwacją i odnową obiektów, jeśli to można zrobić w czerwcu, akurat w sezonie turystycznym. Ale to są Włosi, remonty odkładali kilka lat (jak nie kilkanaście czy kilkadziesiąt) i nagle im się przypomniało.

Dworzec ze sławnymi kiblami - opis poniżej :D

Parkingi. Włosi w ogóle nie przestrzegają ruchu drogowego. Piesi przechodzą kiedy chcą i gdzie chcą, zatrzymują się na rondach, stoją sobie na nich, na skrzyżowaniach, przechodzą na czerwonym. Znaki drogowe to dla nich ozdoba.

Plac św. Piotra. Rusztowania. I nie jest taki wielki, jaki się w TV wydaje.

Niewidzialny człowiek, Bóg nie obdarzył ich ciałem, więc zarabiają na swojej niepełnosprawności.

Fontanna di Trevi w całej swej okazałości.

Pizzę można kupować w takich kawałkach, na szybko. I oczywiście jest bardzo dobra.

Stare miasto, świątynia Saturna znajdująca się na tamtym odległym wzgórzu, liczy sobie 2500 lat!


1. Koloseum. Jeśli wierzycie, że w głównej loży siedział Neron i oglądał mordujących się nawzajem gladiatorów (jak w "Quo vadis"), to się mylicie. Koloseum zostało wybudowane po jego śmierci.
2. Rusztowanie.

Tutaj stał kolosalny posąg Nerona, na przeciwko Koloseum. Początkowo Koloseum nie było Koloseum, nazwa ta wzięła swój początek właśnie od owego ogromnego pomnika.


Zabawny w Rzymie był widok facetów w garniakach, biznesmenów na skuterkach. Ruch we Włoszech w miastach głównie opiera się na skuterkach, motorkach, czy małych, dwuosobowych samochodzikach. Związane jest to z zabudową i szerokością ulic. W Wenecji samochodów nie ma w ogóle, poruszają się tramwajami wodnymi, gondolami, czyli taksówkami wodnymi (5-osobowa 80 euro, rozbój w biały dzień!). Pojazdy kołowe zobaczysz tylko na obrzeżach.

Może trochę ponarzekałam, lecz Włochy to nadal bardzo urokliwe państwo, podobnie San Marino. W tym drugim niezrównane, zapierające dech w piersiach widoki, czyste, przepiękne, wąskie uliczki. A, co do czystości. W Rzymie potrzeba ponagliła mnie w kierunku szaletów dworcowych. Zapach ekskrementów nigdy nie był tak odurzający, uderzający i przytłaczający, jak tam. Raj dla koprofilów. W kabinie, którą miałam przyjemność odwiedzić, nie uświadczyłam żadnego śmietnika, który w damskiej toalecie jest niezbędny do wyrzucenia brudnych, zakrwawionych, śmierdzących podpasek. Skoro nie było śmietniczka, te brudne, zakrwawione i śmierdzące podpaski były porozrzucane po całej podłodze. Smacznego.

Asyż, miasto położone na wzniesieniu. 

Wszystkie budowle są z tego kamienia.

Rysujący pan.

Uwielbiam te wąskie uliczki.

Odwiedzając Włochy, należy trzymać się kilku prostych zasad: nauczyć się trochę włoskiego, trzymać w metrze plecak na brzuchu, nie kupować wody od Arabów w Rzymie (chociaż bardzo kusi, gdyż mają wodę z lodem, ale jest ona niewiadomego pochodzenia. Wyciągają butelki ze śmietników, wlewają wodę, mają specjalne zakrętki, żeby wyglądało autentycznie, ale niestety tak nie jest. I oczywiście jest droga, normalnie pół litra kosztuje 50 centów, oni sprzedają po 1-2 euro.) i nie korzystać z darmowych toalet!

sobota, 28 czerwca 2014

Jak zostać nieśmiertelnym #4 | Wakacje!

Nadeszły wakacje, czas błogiego lenistwa, leżenia do góry brzuchem, zabijania zombie, wygnania z naszej planety kosmitów, knucia przeciwko kobietom (mam już jeden plan, ale to kiedy indziej) i dopingowania naszym w Lidze Światowej. To także czas nadrabiania różnych serii, których jest wstyd nie znać (wstydzę się tego, że nie znam).

Więc dzisiaj o seriach, które TRZEBA znać.

Mówimy oczywiście o serialach kultowych, nie badziewnych z ostatnich sezonów (a te są okropne, poza paroma wyjątkami). Dzisiaj zaczęłam Neon Genesis Evangelion. Jakoś nie mogłam się przekonać do tej serii ze względu na obecność mechów, ale skoro Code Geass mi się podobał, to należy dać szansę NGE.
Mam zamiar skończyć pierwszy sezon Dragon Balla, ale niestety, tam nie ma walk rodem z DBZ, fabuły godnej OP nie uświadczycie, ale przecież DB to pierwowzór wszystkich shounenów! Ojciec Ichigo, Luffy'ego czy Natsu (FT nie polecam, nudne, przeżarte, odgrzewane kotlety, ale to taka dygresja). Pozycja obowiązkowa.

Zastanawiałam się również nad starą wersją Sailor Moon, na szczęście wychodzi odnowiona, bez fillerów, w pełni oparta na mandze, więc warto poznać.


A co z grami? Kwintesencja nołlajfienia, mile spędzony czas przy akompaniamencie agonii zarzynanych ludzi, raj dla małych sadystów, którzy w prawdziwym świecie obawiają się poniesienia konsekwencji za swoje czyny. Gry dają upust ich chorej fantazji. Nawet w Mario fani lolit i małych zwierzątek znajdą coś dla siebie.

Na Steamie jest teraz dużo przecen - ostatnio były wszystkie części Saints Row z dodatkami za ok. 70 zł (w sklepie tyle kosztuje sama czwarta część bez dodatków). W Kerfurze są tanie gry, hity ostatnich lat - Fallout NV, Borderlands, czy Deus Ex - nie grałam jeszcze w te dwie ostatnie. Natomiast Fallout jest dla ludzi, którzy cenią sobie obcowanie płciowe z różnymi dziwnymi stworami - ghullami czy robotami-prostytutkami. Ogólnie całkiem zabawna gra :)


Co do książek, nadrabiam lektury, które nie są obowiązkowe, ale warto znać, by powiększać swój habitus i lepiej zdać maturę rozszerzoną z polaka. Kupiłam se te tanie z Grega - Przedwiośnie Stefana Żeromskiego, Zbrodnię i karę Fiodora Dostojewskiego oraz Dekameron Giovanni Boccacciego.

Film mi się spodobał, więc postanowiłam przeczytać książkę. Nie jest gruba :)
...

Jak tak teraz myślę, to nie będą leniwe wakacje... A tu trzeba plany podboju świata wymyślać!
......................................
fearful - przerażający

sobota, 21 czerwca 2014

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #2 | Perfect Blue

Ostatnimi czasy zniewalanie świata stało się bardzo nużącym i monotonnym zajęciem. Same zwycięstwa, żadna nacja nie potrafi przeciwstawić się mojej potędze. Także na jakiś czas odstawiam podboje i skupiam się na leniuchowaniu, żarciu galaretki w czekoladzie (mmm, ta z Mieszko), spaniu, piciu herbatki i oglądaniu.

Jakiś rok temu kupiłam Perfect Blue za 2 zł w jakiejś taniej księgarni, ale nie miałam ochoty, by zgłębić tajemnicę kryjącą się w tym filmie. Oglądaliście Czarnego Łabędzia? Spodziewajcie się podobnego psychomózgorozjebca.

polska okładka, warto było dać 2 zł za taki film :D


Film powstał w 1997 (czyli ma już trochę latek), reżyserią zajął się Satoshi Kon, znany z choćby Papriki. Na Wikipedii piszą, że produkcja bazuje na nowelce o tym samym tytule (a wiadomo, że wiki nie kłamie). Łooo! Ale czarne chmury za oknem!
No ale wracając. Fabuła kręci się wokół młodziutkiej, słodziutkiej, śliczniutkiej, odzianej w różowiutkie falbaneczki, wschodzącej gwiazdeczki Mimy Kirigoe, która postanawia spróbować swoich sił w aktorstwie. Odchodzi ze swojego zespołu i wpycha się do obsady jakiegoś znanego serialu kryminalnego. Niestety, wszyscy potępiają podjętą przez nią decyzję, oprócz menadżera czy jakiegoś tam pana stojącego nad nią w hierarchii. Nawet fani krytykują jej wybór, a w szczególności jeden, który wygląda jak owłosiona dżdżownica z oczami i zębami (a wszyscy wiemy, że te pierścienice nie mają twarzy). Sama Mima ukrywa swoje niezadowolenie i mieszane uczucia co do aktorstwa - trochę namieszałam, ale to głównie zasługa i wpływ menadżera, że postanowiła zasmakować w aktorstwie - jej wewnętrzne JA prześladuje ją, doprowadzając tym samym do załamania nerwowego. Dziewczyna sama nie wie, kim jest, co robi, fikcyjna rzeczywistość, którą realizuje na planie filmowym, miesza się z tą w prawdziwym życiu. Głównym czynnikiem, który zniszczył jej piękny, niewinny świat, jest bardzo brutalnie ukazany gwałt na Mimie (oczywiście część scenariusza). Po tym osoby mające coś wspólnego z wielkim upadkiem dziewczyny, zaczynają ginąć jak psy w pięknym, krwawym stylu.

Ktoś zaczyna mieć problemy z psychiką.



Światy, w których żyła Mima, zostały ukazane na podstawie kontrastu - gwiazda pop dostawała słodkie listy miłosne, wszyscy ją kochali, szanowali, niestety weszła w brutalny świat kina kryminalnego, gdzie została, mówiąc kolokwialnie, zeszmacona, upadła jak Łagodna z obrazem na bruk.

Animacja jest prześliczna, uwielbiam taką starą, dopracowaną, soczystą kreskę - nie te świecące się jak psu jajca nowe produkcje. Niektóre ujęcia są bardzo odważne, na pewno film dla dojrzałego emocjonalnie widza - 12-letnie yaoistki - trzymajcie się od tego z daleka, pozostańcie w pięknym świecie incest homosexual love!

Pozycja obowiązkowa dla fanów i koneserów japońskiej/mongolskiej/chińskiej (niepotrzebne wykreśl) animacji.

................................................................................................................

manor - dwór



piątek, 13 czerwca 2014

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #1 | Gintama

Każdy dążący do zniewolenia świata ciężko pracuje, haruje jak wół na pustyni, ma głowę przepełnioną najróżniejszymi, najokrutniejszymi z najprzebieglejszych planów powalenia ludzkości na kolana. Taki człowiek, czyli ja, potrzebuje chwili wytchnienia w tych karkołomnych czasach (a nie łatwo knuć pod nosem służb porządkowych). Takim odcięciem się od otaczającej rzeczywistości może być głupawa komedyjka, jaką jest Gintama.

Manga jest niezdrowym wymysłem Hideakiego Sorachiego. Wydają ją knypki z Shounen Jumpa od 2003 roku - do teraz ma bodajże 54 tomy. Oczywiście, tak epicka manga nie mogłaby się nie doczekać wersji animowanej, która emitowana była od 2006 roku i liczy sobie tylko 265 odcinków :( I tyle z suchych faktów zerżniętych z Wikipedii.
Gintoki Sakata, leń śmierdzący, lubi dłubać w nosie, ma wzrok zdechłej ryby, infantylny, czyta Shounen Jumpa, choć ma już 20 lat. Popyla na skuterku, który co chwilę jest miażdżony i niszczony na wszelkie możliwe sposoby. Jest "szefem" Yorozuyi - firmy wynajmującej najemników, którzy zrobią dla ciebie wszystko, dosłownie wszystko, jeśli im zapłacisz. Poszukają zagubionej gigantycznej kałamarnicy, wezmą udział w procesie sądowym jako adwokat, który za wszelką cenę musi obronić Madao*, są fryzjerami i bardzo często mają bliskie spotkania z samym Shogunem, które kończą się zwykle tragicznie dla samego Shoguna.
Gin ma dwóch przydupasów. Pierwszym z nich jest Kagura, mały, silny rudzielec z klanu Yato. Dziewczynka wkurza wszystkich wkoło, wymusza swoje zdanie siłą, zdecydowana zwolenniczka hasła "najlepszym argumentem jest pięść". Przygarnęła wielkiego białego kundla, Sadaharu, który uważa ludzi za gryzaki do ostrzenia zębów. Drugi, zdecydowanie mniej ważny, słaby, pełniący tylko funkcje komiczne jest Shinpachi, syn kierownika podupadającego dojo. Nosi okulary, bez nich nie istnieje. "Shinpachi w 97% składa się z okularów, reszta to woda i śmieci" - powiedział Gin filozof.

Yorozuya - mina na srające koty na pustyni
                                           
Poza Yorozuyą istnieje policja, Shinsengumi, pilnująca "porządku" na ulicach Edo. Jej dowódcą jest zboczony impotent z prostatą, stalker siostry Shinpachiego (tego od okularów), goryl  Isao Kondo. Jego zastępcą został Majonezowy Król (on je WSZYSTKO z majonezem), naturalny wróg Gintokiego, Toushirou Hijikata, natomiast na miejsce zastępcy zastępcy wepchał się młody, niewinnie wyglądający sadysta, oczywiście lubujący się w S&M, czyhający na życie Hijikaty - Sougo Okita.

Chłopiec z bazooką to Okita (sadysta), na głazie stoi w zwykłej jak dla niego pozycji dowódca, natomiast pan z petem w otworze gębowym to Majonezowy Król


Postaci jest więcej, ale nie chce mi się wszystkich wymieniać :D

Powiem tyle, Gintama ryje mózg. Łączy w sobie wszystkie gatunki, od horroru po malutkie napomknienia yaoi. Parodiuje większość znanych tytułów - "Dragon Ball', "Bleach", "One Piece", "Naruto", "Hajime no Ippo", "Death Note", "Code Geass", "Bakuman", "Sayonara, Zetsubo-Sensei", "Berserk" czy "Kuroshitsuji" (ten shit też), "The Ring", "Gwiezdne Wojny" i wiele, wiele innych. Nie tylko anime i filmy zostają pokazane w krzywym zwierciadle - samo dowództwo w Shinsengumi zostało odwzorowane na postaciach historycznych:
dowódca - Isami Kondou, w anime Isao Kondou
zastępca dowódcy - Toshizou Hijikata, w anime Toushirou Hijikata.

W jednym odcinku zaszczyca swoją obecnością Will Smith (czy inny murzyński aktor).
Człowiek obeznany w świecie anime (i nie tylko) będzie miał wiele smaczków do odgadnięcia.
Gintama ma formę epizodyczną, każdy odcinek jest o czymś innym nie licząc kilku arców, zwykle 5 odcinkowych.
Prawie zapomniałam o wychwaleniu pierwszorzędnego soundtracku, niech żyje Jinsei wa Belt! Gdybym chciała, mogłabym napisać coś na miarę pracy magisterskiej, bo jest o czym pisać. Gintama jest pełna tajemnic i na pewno kiedyś do niej wrócę, być może wtedy zobaczę więcej odwołań i pośmieję jeszcze raz z nigdy nienudzących się gagów.

Także właśnie to robimy w przerwach między podbojami świata, oglądamy Gintame!



*Nie podaję znaczenia skrótu Madao, może tym samym zmuszę kogoś do obejrzenia anime :D

hedge - żywopłot