poniedziałek, 3 grudnia 2018

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #17 | Sci-fi po polsku, czyli Nowi Ludzie R. Kosika

Science-fiction. Jedni uwielbiają, inni nienawidzą. Jeszcze inni dopiero zaczynają lubić i ja właśnie należę do tej grupy. Od jakiegoś czasu fascynują mnie różne wizje przyszłości naszego społeczeństwa, śledzenie ich rozwoju, przyczyn i skutków w różnych dziełach kultury. Zaczęło się niewinnie, i nie, nie od Obcego, ale od serialu Black Mirror, którego większość odcinków wgniata w fotel, zgniata mózg i nie rzadko powoduje pocenie się oczu. Potem już poleciało - genialny film Ex Machina Alexa Garlanda opowiadający o młodym naukowcu, który wygrał jakiś tam projekt (oglądałam dawno, a mam pamięć złotej rybki, wybaczcie) i w nagrodę miał spędzić czas z kreatorem bardzo zaawansowanej sztucznej inteligencji. Podobny motyw, ale jedynie epizodyczny, miał miejsce w grze fabularnej Detroit, która na 100% podbiła serca każdego fana motywu "ludzkiego androida". Dorzucić do tego należy A.I Sztuczną Inteligencję i mamy mieszankę wybuchową samych dobrych, poruszających, często wzruszających i na pewno dających do myślenia motywów człowieka i społeczeństwa za X lat. Moje poszukiwania trwały i zaprowadziły mnie do biblioteki do działu ksiąg zakazanych. Tam, pod wpływem chwili i sugerując się tytułem, wybrałam pierwszą dla mnie polską pozycję sci-fi Nowi Ludzie Rafała Kosika. I moje uczucia po lekturze nierównej prozy Kosika są raczej mieszane.



Pierwszy zawód nastąpił w chwili, gdy dowiedziałam się, że jest to zbiór opowiadań. Średnio przepadam za tą formą, ze względu na to, że często ciekawe motywy, funkcjonowanie światów i aspekt socjologiczny nie są na tyle dobrze i wyczerpująco opisane, że mogłabym czuć takie ciepełko w brzuszku jak po obiedzie u mamy.

Niestety. Pierwsze opowiadanie zatytułowane Trzy cyfry, tysiąc kombinacji jest jakąś marną próbą obudzenia w nas patriotyzmu. Z tego opowiadania aż wylewają się poglądy autora, które mniemam, są stricte prawicowe, co wyraża w swojej, nawet można powiedzieć, niechęci do głównego bohatera i całego "postapokaliptycznego" świata. Historia opowiada o mężczyźnie żyjącym w anarchicznym społeczeństwie, w Warszawie rządzonej przez bossa mafii, który mieszka sobie w Pałacu Kultury, a co, niech ma. Sam główny bohater jest jakimś specem od zabezpieczeń i wykonuje zlecenia dla wyżej wymienionego groźnego mafiozy. Polska, jako kraj, nie istnieje. Jest rozbita na takie małe państwa-miasta, typu Warszawa, Kraków, itp. Dostanie się z jednego do drugiego graniczy z cudem, sam nasz technik nazywa to "podróżą na Księżyc". Ale do rzeczy. Świat wygląda tak a nie inaczej po zamachach terrorystycznych tych złych, krwiożerczych muzułmanów, którym tylko dziewice w głowach. Autor, jak wyżej wspomniałam, nie oszczędza na przemyceniach swoich opinii do opisu świata przedstawionego, lecz już pozostawmy kwestie moralne i moje przemyślenia na ten temat. Historia nie trzyma się ni kupy ni dupy. Działania bohaterów w ogóle nieprzemyślane - chociażby akcja z przewozem walizki. Zapomniałam wspomnieć, że nasz bohater spółkuje sobie z córką ostatniego bohatera narodowego, jakiegoś tam Lewickiego (nie Prawackiego, hehe). I pewnego dnia przychodzą do nich do domu faceci w czerni i grzecznie proszą, przykładając pistolety do głowy, aby wybrali się do Krakowa, do tamtejszego "władcy", aby przekazać im arcyważną walizkę, przez którą może zmienić się bieg historii. No to nasi bohaterowie, "no okej, co począć, pojedziemy". I jadą. Sami. Czaicie, faceci w czerni, sługusy mafioza, przeżarci złem do szpiku kości, puszczają ich samych, aby zawieźli uberważną rzecz "na Księżyc". I to bohaterów nie zastanowiło? DLACZEGO. W każdym razie zakończenie historii jest tutaj mało ważne, ponieważ ogólnie cała nowelka jest... nudna. Do tego okraszona fatalnym językiem - zdania pojedyncze przeważają, interpunkcja bardzo dziwna - albo korektor słaby, albo zastosowali sobie jakieś nowe reguły gry, bo pierwszy raz się z tym spotykam. Historia 2/10.

Z każdą kolejną nowelką jest coraz lepiej, Partyline dziwne, stanik mi nie spadł, ale gdyby napisać w tym uniwersum całą, pełnoprawną powieść, mogłoby wyjść z tego coś dobrego, choć niekoniecznie oryginalnego. Resztę pomińmy, bo ten post nigdy się nie skończy.

W połowie tomu umieszczona jest właśnie tytułowa nowelka i to taka, która naprawdę mogła zaciekawić, do tego wpisuje się w krąg moich zainteresowań sci-fi, a mianowicie trochę o sztucznej inteligencji, ale bardzo dużo ciekawych obserwacji o skutkach współczesnych dążeń różnych grup społecznych do równouprawnienia. Tutaj już wchodzimy w grząski grunt, bowiem jestem świadoma tego, że każdy ma inny pogląd na ten temat, inną, własną definicję równości - nie tylko płci, ale ras, mniejszości, niepełnosprawności i innych dysfunkcji i "nienormalności". Ale znowu, zostawmy te przemyślenia na inny czas i post, bo myślę, że kiedyś należy swoje żale wylać. Wracając, walka różnych przedstawicieli grup społecznych o równość poskutkowała tym, że 1) mężczyźni mają prawie 0 praw, jeśli są przystojni, zdrowi i dobrze zbudowani, 2) jeśli istnieje jakaś grupa ludzi niepełnosprawnych, dajmy na to ludzi niezdolnych do przyswojenia przeszczepu, te są zakazane i reszta społeczeństwa nie może korzystać z tych dóbr techniki, 3) każda czynność seksualna mężczyzny i kobiety jest równoznaczna z molestowaniem, nieważne, że kobieta się zgodziła, 4) sport jest surowo zakazany, by nie dyskryminować osób, które są grube i nie mogą (lub nie chcą schudnąć), 5) posiadanie jakiegoś defektu lub choroby daje większe prawdopodobieństwo i możliwości w znalezieniu pracy. Te idiotyczne prawa mogłabym wymieniać naprawdę długo, ale może warto zaznaczyć już rys fabularny. Głównym bohaterem jest młody, zdrowy mężczyzna (najgorzej), imienia nie pamiętam. Żyje ze swoją kobietą, Natalią, która jest, jak na nasze standardy, despotyczna i dzisiaj może dzierżyć miano dominy, ale w czasie trwania akcji książki jest normalną, niezależną i równouprawnioną kobietą, także może dręczyć psychicznie swojego partnera i na każdym kroku grozić mu złożeniem pozwu a to za molestowanie seksualne, a to za molestowanie intelektualnie, ponieważ jest słabszą kobietą i ona może się tak bronić. Jako że nasz bohater jest życiowym przegrywem, bo urodził się zdrowy bez żadnych defektów, idzie do "oprawcy", czyli człowieka, który nielegalnie może mu wgrać jakąś chorobę lub defekt na czas nieokreślony, aby facet mógł w końcu znaleźć pracę. W wyniku pewnych zdarzeń, handlarz daje mu pudełko, które jest przyczyną późniejszych wydarzeń i początkiem końca tego modelu społeczeństwa. Nie będę zdradzać zakończenia, bo nie chcę spoilerować, ale uważam, że naprawdę, tego typu motyw zasługuje na pełną powieść.

Inne nowelki, które były warte uwagi, to Przeskok i Wielki Błękit, natomiast nie odczuwa się tego klimatu rodem z Piątego elementu i trochę z Seksmisji, który był mocno obecny w Nowych Ludziach. Myślę, że sięgnę jeszcze po prozę Rafała Kosika, ale w postaci powieści, bo autor ma naprawdę ciekawe pomysły i kilka wcześniej wspomnianych opowiadań w mniejszym lub większym stopniu daje do myślenia.

Mała sugestia dla powergraph - należałoby pomyśleć o zmianie korektora. Do usług.

piątek, 23 listopada 2018

Jak pić herbatę w przerwach między podbojami świata #16 | TO najlepszym horrorem?

Kilka lat temu w kinach ukazała się nowa adaptacja powieści Stephena Kinga To. Jako że uroczy mały dzieciaczek w żółtej kurtce zachęcił mnie do obejrzenia, postanowiłam pierw sięgnąć po pierwowzór w postaci książki z 1983.

Pierwsze zderzenie z książką było bolesne - toż ten gigant ma ponad 1100 stron! Lecz niezmordowanie, dniami i nocami, miesiącami, brnęłam dalej przez ulice Derry, przemierzając wszelkie zakamarki i kanały. Podczas wędrówki poznałam kilkoro głównych bohaterów - dokładnie siedmioro (sześciu chłopców i dziewczynka), historię ich przyjaźni, gdy mieli po 11-13 lat, oraz tę oddaloną o 25 lat w przyszłość, gdy każdy z nich miał już swoje życie i problemy. Paczka ta składa się z Billa Jąkały, Żyda Stana, Czarnego Mike'a, Grubego Bena, Hipochondryka Edda, Śmieszka Richie'ego i Rudej Beverly. Paczka iście frajerska.



Co mnie zadziwiło, to to, że Stephen King, będąc wtedy dosyć młodym pisarzem z niewielkim warsztatem pisarskim, napisał coś, co ma ogromną ilość opisów, z taką precyzją i dopieszczeniem, że tylko bić brawa. Porównując tę książkę do Carrie napisaną 10 lat wcześniej, miałam wrażenie, że czytam dwóch różnych autorów.

Ale wróćmy do fabuły. Akcja dzieje się w Derry, w stanie Maine (wszystkie powieści S.K. osadzone są w tym stanie). W mieście, gdzie co mniej więcej 25 lat dzieją się złowieszcze rzeczy, masowo giną i umierają mieszkańcy, głównie dzieci, a większość dorosłych nic z tym nie robi i mówią, że to "powietrze Derry jest specyficzne". W mieście tym zagnieździło się TO. Bliżej nieokreślona zła siła, która żywi się strachem i kreatywnością oraz bogatą wyobraźnią dzieci. Jest trochę jak bogin - przybiera kształt tego, czego aktualnie boi się dana osoba. Najczęściej daje się spotkać pod postacią groteskowego, paskudnego i przerażającego klauna z wielkimi zębiskami i pustymi oczodołami, który wabi małe dzieci do kanału pod pretekstem "wspólnego pływania" i możliwością posiadania pięknych, świecących baloników. Jak ufne dzieci kończą, wiemy.

I tutaj wkracza nasza banda przyjaciół, która nazwała się wdzięcznie Klubem Frajerów, przez co zyskała sobie naturalnego wroga w postaci osiedlowego i niepoczytalnego chuligana Henry'ego, którego brak piątej klepki spowodowany jest posiadaniem ojca kryminalisty, praktycznie zerowym wychowaniem, poniżaniem i biciem na każdym kroku.

Poza nieprzewidywalnym Henry'm, Frajerzy mają na pieńku z TYM, od kiedy Wielki Bill (przywódca Frajerów), stracił swojego młodszego brata w jamie gębowej TEGO. Od tego czasu w jego otoczeniu oraz otoczeniu jego koleżków zaczynają dziać się dziwne rzeczy, widzą nienaturalne, gnijące postacie oraz krew wydobywającą się z różnych miejsc, której nie widzą dorośli. Paczka frajerów nie ugina się pod naciskiem sił zła i postanawia je zwalczyć. W jaki sposób, musicie sprawdzić sami.

SPOILER ALERT

Powieść ma ciekawą kompozycję, nieczęsto spotykaną, bowiem wydarzenia z lat 50, kiedy to bohaterowie byli dzieciakami, przeplata się z tymi mającymi miejsce 25 lat później. King zastosował tu pewnego rodzaju analogię wydarzeń - opis pewnego ważnego fabularnego wydarzenia z młodości bohaterów zostaje poprzedzony sytuacją podobną, dziejącą się 25 lat później, tworząc pewnego rodzaju ciąg. Towarzyszy temu zmienność narracji - częściej mamy do czynienia jednak z trzecioosobową, ale nie rzadko możemy śledzić fabułę z pierwszej osoby. Nie powoduje to na pewno pogubienia się w wydarzeniach, autor niewątpliwie poradził sobie z zastosowanym zabiegiem.

Jak to u Kinga bywa, mamy plejadę rozwiniętych, dobrze rozpisanych postaci, czasami nieco stereotypowych, np. Żyd z przylizanymi włosami, pilny, z bogatego domu, ale za to pasjonujący się przyrodą, ptakami, z nieco strachliwym usposobieniem, co będzie miało swój skutek w jego decyzjach. Nie będę tu opisywać każdego z osobna, bo zwyczajnie w świecie mi się nie chce.

Ważniejsze jest to, że King porusza delikatne tematy, adekwatne do czasu wydarzeń - duża i odczuwalna niechęć do Mike'a (czarnego) oczywiście na tle rasistowskim, wyzwiska w kierunku Stana co do jego religii i stereotypowego wyglądu, problematyczna i niepokojąca relacja Bev ojciec-córka, która może mieć jakieś seksualne podłoże, zaniedbanie dziecka, przesadna miłość do dziecka i wiele innych.

Warto mieć na względzie, że połowa akcji dzieje się w latach 50, wtedy tak dzieci nie pilnowało się jak dzisiaj, szczególnie dzieci w takim wieku. Nie wyobrażam sobie, aby moje 11/12 letnie dziecko szwendało się całymi dniami Bóg wie gdzie i Bóg wie z kim. A wtedy nie było możliwości, by wysłać mamie SMS, że spóźni się na obiad. Wynika to oczywiście z innego podejścia do wychowania - ale zmierzam do tego, że jest to kolejna zaleta tej książki. Czytając, zastanawiasz się, gdzie są rodzice, dlaczego ich nie pilnują albo nie wychowują. Klimat czasów w tym aspekcie zachowany idealnie.

Nie będę tylko i wyłącznie książki chwalić. Zakończenie totalnie nie pasowało do całości i budowanej akcji, nie wiem, czy to przez brak mojego zrozumienia, czy King sam nie miał pomysłu, jak to pociągnąć dalej, ale fakt faktem, było grubymi nićmi szyte. Nie były to nawet podróże między wymiarami, tylko jakaś głęboka faza po twardych narkotykach. Gigantyczny, gadający żółw, który wyrzygał Wszechświat? Wielka Pajęczyca jako równoważnik "dobra"? No nie wiem. Jest to dla mnie nie tyle co abstrakcyjne, ale niedorzeczne i jak mówiłam, niepasujące do całości.

King przesadził GRUBO, pisząc scenę o "zacieśnianiu więzi przyjaźni" dzieci, kiedy te pokonały w ich mniemaniu TO. W ściekach, obrzydliwym, śmierdzącym miejscu, po traumatycznych wydarzeniach, martwiły się o to, że Los połączył je tylko dlatego, aby powstrzymały TO. A kiedy już dokonały dzieła, czuły, że ich wspólna wędrówka chyli się ku końcowi, zaczęły się czuć niezręcznie w swoim towarzystwie i raczej były skłonne stwierdzić, że już nigdy więcej nie będą się trzymać. Co postanowiły zrobić w takim wypadku 11-13 letnie dzieci? A no urządzić sobie gangbang. W ściekach. Dzieci. I serio, King tłumaczy to jako desperacki krok ku ratowaniu przyjaźni. Warto wspomnieć, że prowodyrką tego poronionego procederu była Bev, która każdego chłopca, po kolei, zapraszała "do siebie". Panie Stefanie Królu, to zakrawa trochę o erotykę dla pedofili. Tak nie wolno.

Chyba na tym mogę zakończyć swoją opinię. Komu polecam książkę? Na pewno fanom krwawych, obrazowych opisów, wielbicielom klimatu Ameryki lat 50' oraz "smakoszom" literackiego, niewymagającego, statycznego, acz pewnego słowa.