W końcu po maturach przebrzydłych nadszedł czas na nadrabianie książek. Tym razem postanowiłam zagłębić się w głośnej - przynajmniej w niektórych kręgach - powieści Roberta J. Szmidta Szczury Wrocławia, które, wbrew tytułowi, nie opowiadają historii zadżumionego miasta czy przeżyć szczurów we Wrocławiu. Jest to pełnokrwista książka o zombie. Polskich zombie.
Rzecz dzieje się w 1963 roku, czyli za komuny, którą nasi dziadkowie wspominają z łezką w oku. Akcja toczy się w ciągu pierwszych 12 godzin od początków epidemii zabójczego, śmiercionośnego wirusa, a ilość wątków jest przeogromna. Autor bowiem zastosował świetny chwyt marketingowy zabijając w książce swoich fanów i czytelników (żeby nie było, też stoję w kolejce do budki "proszę, zabij mnie"). Ogółem nie należy zbytnio przywiązywać się do postaci, ponieważ giną one szybciej niż te w Grze o tron. Z około dwustu postaci przeżyło, bo ja wiem, z dziesięć? W każdym razie, pomysł bardzo świeży, intrygujący, zachęcający do sięgnięcia po książkę. Tylko co z tego wyszło? Ano wyszło jajco, ponieważ czytelnik nie jest w stanie ogarnąć, kto jest kim, pod natłokiem podobnych nazwisk i nie raz tych samych imion można stracić rachubę i bardzo szybko się pogubić. Może to tylko moje odczucie, ponieważ na ogół mam problemy z zapamiętaniem nazwisk, ale wyszedł totalnych chaos, jak w tytule. Duży plus za umieszczenie Donalda T. i sławnych bliźniaków na jednej stronie. Czyżby autor miał co do nich jakieś... inne plany?
Kolejna sprawa, najbardziej intrygująca, to obraz zombie w powieści. Nie można ich w żaden sposób zabić, są totalnie niezniszczalne, nie pomaga strzał w głowę, spalenie, rozciapcianie na drobne fragmenciki - chodzące fragmenty jelit to już trochę przesada. Jakiekolwiek próby unicestwienia dziadostwa kończą się fiaskiem. To tak, jakby każda komórka ciała zombie była niezależna i zaprogramowana tak, aby dążyć do regeneracji za wszelką cenę. Te zombie bowiem rzucają się, masakrują, miażdżą, rozgniatają, rozczłonkowują i zżerają ludzi tylko wtedy, gdy ich ciała są w pewien sposób zdeformowane albo wybrakowane - a tu rączka odpadła, a tu bebechy wyleciały, a tu mózg wypłynął z przepołowionej czaszki. W ten sposób się regenerują i później wpadają w trans, są jakby nieobecne, nie muszą siać spustoszenia, totalnie się wyłączają. Wysysają tylko energię życiową osób zdrowych - coś jak moce wampiryczne w Skyrim albo ogólnie koncepcja wampirów energetycznych. Dobrze to przedstawiła sytuacja na dworcu, gdzie spanikowaniu ludzie tratowali się nawzajem, umierali z braku powietrza, czy też po prostu zostali zainfekowani i wysysali energię z żywych przez sam dotyk, co skutkowało zgonem. Zombie są zbyt dokoksowane, ale też całkiem oryginalne, jak na zombie, bo, powiedzmy sobie szczerze, w dzisiejszych czasach ciężko o oryginalnego zombie. Trzymam kciuki za autora, aby wybrnął z tego obronną ręką i się nie pogrążył i nie pogubił w świecie, który sam stworzył.
A jaka była przyjemność z czytania? Cóż, język nie był na miarę Dostojewskiego albo Nabokova, ale ważne, że kartki same się przewracały, mózg chłonął zachłannie każde słowo - autor nie przynudzał, walił konkretami opisując przy tym z precyzją chirurga każde miejsce akcji. Dużym plusem była umiejętność ukazania głównego zarysu charakteru postaci, które nie cieszyły się zbyt długim żywotem, dzięki czemu pozostają w pamięci, chociaż nadal są bezimienne, np. ruda wredna okularnica. Większość jest całkiem unikalna, ludzka - motłoch zatracający się w żądzy przetrwania za wszelką cenę, szlachetne nieliczne jednostki. Dylematy moralne postaci, które muszą szybko wybrać między przeżyciem kosztem drugiego człowieka a rychłą śmiercią. Wszystko, czyli cała demoralizacja władz z tamtych czasów, hierarchia społeczna w komunistycznym państwie, cenzura słowna, zakaz wypowiadania swojego zdania i wszechobecni towarzysze przenoszą nas do lat 60' nie przyćmiewając apokalipsy zombie i na odwrót - odpowiednie proporcje są zachowane.
W kolejnym tomie oczekuję więcej Maweta, Biedrzyckiego i pielęgniarki Dominiki. Najbardziej chciałabym wiedzieć, co stało się z małym rudym chłopcem z wadą wymowy, czy będzie miał szansę spełnić swoje marzenie odnośnie zostania premierem.
Chyba wszystko, co chciałam, przekazałam. Jako zombiemaniak jestem rada tak nowego podejścia do tematu zombie, bałam się, że będzie powtórka z rozrywki po TWD, ale jednak polski wytwór lepszy niż hamerykański. Tylko czekać na więcej polskich zombiaczków.
Btw. W tym tomie znajduje się też opowiadanie Horda Artura Olchowego, które, z przykrością stwierdzam, pod względem merytorycznym i koncepcyjnym wypada lepiej niż główne opowiadanie Szczurów, ale o tym może kiedy indziej. Piona!
Rzecz dzieje się w 1963 roku, czyli za komuny, którą nasi dziadkowie wspominają z łezką w oku. Akcja toczy się w ciągu pierwszych 12 godzin od początków epidemii zabójczego, śmiercionośnego wirusa, a ilość wątków jest przeogromna. Autor bowiem zastosował świetny chwyt marketingowy zabijając w książce swoich fanów i czytelników (żeby nie było, też stoję w kolejce do budki "proszę, zabij mnie"). Ogółem nie należy zbytnio przywiązywać się do postaci, ponieważ giną one szybciej niż te w Grze o tron. Z około dwustu postaci przeżyło, bo ja wiem, z dziesięć? W każdym razie, pomysł bardzo świeży, intrygujący, zachęcający do sięgnięcia po książkę. Tylko co z tego wyszło? Ano wyszło jajco, ponieważ czytelnik nie jest w stanie ogarnąć, kto jest kim, pod natłokiem podobnych nazwisk i nie raz tych samych imion można stracić rachubę i bardzo szybko się pogubić. Może to tylko moje odczucie, ponieważ na ogół mam problemy z zapamiętaniem nazwisk, ale wyszedł totalnych chaos, jak w tytule. Duży plus za umieszczenie Donalda T. i sławnych bliźniaków na jednej stronie. Czyżby autor miał co do nich jakieś... inne plany?
Kolejna sprawa, najbardziej intrygująca, to obraz zombie w powieści. Nie można ich w żaden sposób zabić, są totalnie niezniszczalne, nie pomaga strzał w głowę, spalenie, rozciapcianie na drobne fragmenciki - chodzące fragmenty jelit to już trochę przesada. Jakiekolwiek próby unicestwienia dziadostwa kończą się fiaskiem. To tak, jakby każda komórka ciała zombie była niezależna i zaprogramowana tak, aby dążyć do regeneracji za wszelką cenę. Te zombie bowiem rzucają się, masakrują, miażdżą, rozgniatają, rozczłonkowują i zżerają ludzi tylko wtedy, gdy ich ciała są w pewien sposób zdeformowane albo wybrakowane - a tu rączka odpadła, a tu bebechy wyleciały, a tu mózg wypłynął z przepołowionej czaszki. W ten sposób się regenerują i później wpadają w trans, są jakby nieobecne, nie muszą siać spustoszenia, totalnie się wyłączają. Wysysają tylko energię życiową osób zdrowych - coś jak moce wampiryczne w Skyrim albo ogólnie koncepcja wampirów energetycznych. Dobrze to przedstawiła sytuacja na dworcu, gdzie spanikowaniu ludzie tratowali się nawzajem, umierali z braku powietrza, czy też po prostu zostali zainfekowani i wysysali energię z żywych przez sam dotyk, co skutkowało zgonem. Zombie są zbyt dokoksowane, ale też całkiem oryginalne, jak na zombie, bo, powiedzmy sobie szczerze, w dzisiejszych czasach ciężko o oryginalnego zombie. Trzymam kciuki za autora, aby wybrnął z tego obronną ręką i się nie pogrążył i nie pogubił w świecie, który sam stworzył.
A jaka była przyjemność z czytania? Cóż, język nie był na miarę Dostojewskiego albo Nabokova, ale ważne, że kartki same się przewracały, mózg chłonął zachłannie każde słowo - autor nie przynudzał, walił konkretami opisując przy tym z precyzją chirurga każde miejsce akcji. Dużym plusem była umiejętność ukazania głównego zarysu charakteru postaci, które nie cieszyły się zbyt długim żywotem, dzięki czemu pozostają w pamięci, chociaż nadal są bezimienne, np. ruda wredna okularnica. Większość jest całkiem unikalna, ludzka - motłoch zatracający się w żądzy przetrwania za wszelką cenę, szlachetne nieliczne jednostki. Dylematy moralne postaci, które muszą szybko wybrać między przeżyciem kosztem drugiego człowieka a rychłą śmiercią. Wszystko, czyli cała demoralizacja władz z tamtych czasów, hierarchia społeczna w komunistycznym państwie, cenzura słowna, zakaz wypowiadania swojego zdania i wszechobecni towarzysze przenoszą nas do lat 60' nie przyćmiewając apokalipsy zombie i na odwrót - odpowiednie proporcje są zachowane.
W kolejnym tomie oczekuję więcej Maweta, Biedrzyckiego i pielęgniarki Dominiki. Najbardziej chciałabym wiedzieć, co stało się z małym rudym chłopcem z wadą wymowy, czy będzie miał szansę spełnić swoje marzenie odnośnie zostania premierem.
Chyba wszystko, co chciałam, przekazałam. Jako zombiemaniak jestem rada tak nowego podejścia do tematu zombie, bałam się, że będzie powtórka z rozrywki po TWD, ale jednak polski wytwór lepszy niż hamerykański. Tylko czekać na więcej polskich zombiaczków.
Btw. W tym tomie znajduje się też opowiadanie Horda Artura Olchowego, które, z przykrością stwierdzam, pod względem merytorycznym i koncepcyjnym wypada lepiej niż główne opowiadanie Szczurów, ale o tym może kiedy indziej. Piona!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz